Kochani,
dzięki że jesteście, że czytacie naszego bloga i dopingujecie nas, żeby pisać dalej. Pisanie bloga to dużo radości, ale też – nie będę ukrywał – sporo pracy. Krótka notka z przeglądem zdjęć z weekendowego wyjazdu zajmuje około pół godziny. Dłuższa – do której wklejam jakieś ciekawostki albo myśl przewodnią to już godzina do dwóch pracy. Kiedy przyjdzie lato, to tym trudniej te godziny wysupłać – stąd obecnie mamy zaległości już dwumiesięczne. Jakiś czas temu podjąłem się nowego wyzwanie pisania o rzeczach nieco innych niż wycieczki (pojawił się na przykład kącik malarski), ale wygląda na to, że będę musiał się z tego wyzwania wycofać, przynajmniej częściowo. Powolutku i cierpliwie jednak będziemy starali się nadrabiać. A jeszcze jestem wam winny cały worek opowieści o zeszłorocznej wyprawie do Indii!

W ostatnich tygodniach po ciuchutko zrobiłem małą reorganizację bloga. Reorganizacja była dwuczęściowa. Po pierwsze, zrobione są nowe podstrony, które uporządkowały naszą radosną twórczość. Na jednej znajdziecie aktualne notki z Walii, na drugiej archiwalne wpisy z czasów naszego życia w Toskanii. Na dodatkowych podstronach wrzuciłem notki z szerszego świata (Europa, Świat i Top 10) i te niezwiązane z podróżami (Kącik).

Druga część reorganizacji ma głębszy sens i jest związana z tematem, o którym dużo ostatnio rozmyślamy, a który nazywa się „prywatność w internecie”. Jako autor bloga (niszowego wprawdzie, ale zawsze to blog) będę zawszę w awangardzie piewców internetu. Jest to fantastyczny wynalazek ludzkości, dzięki któremu mieszkając z dala od ojczyzny mogę swobodnie utrzymywać kontakt z rodziną i przyjaciółmi i mam nieograniczony dostęp do informacji, wiedzy i opinii. Na świecie nie ma jednak nic za darmo. Za te zalety płacę codziennie rezgnując ze swojego prawa do prywatności. Wiedzę o tym gdzie jestem, z kim się spotykam, co planuję, ile zarabiam, na co wydaję i o czym myślę oddaję w ręcę prywatnych, często anonimowych firm. Ufam, że tą wiedzą będą słusznie gospodarować, ale ta ufność powinna mieć ograniczenia. Dwa wielkie wydarzenia z zeszłego roku, które zmieniły światową politykę były możliwe właśnie dzięki masowemu wykorzystaniu prywatnych informacji przez anonimowe firmy. Jedno z nich – brytyjskie referendum – ma wszelki potencjał aby wpłynąć znacząco na nasze decyzje życiowe. W związku z tym zdefiniowanie gdzie leży ta moja granica ufności i wprowadzenie jej w jakiś sposób w życie spędza mi coraz częściej sen z powiek.

To, co męczy mnie najbardziej to brak prawa do zapomnienia. W śwecie realnym zapominamy: o czym gadaliśmy przy piwie w zeszłe wakacje, gdzie byliśmy w trzecią środę listopada pięć lat temu i jak wyglądaliśmy z pieluchą na pupie. Ba! nawet gdy złamiemy prawo to kodeks karny przewiduje zatarcie wyroku, aby za jakiś czas móc wystartować z czystą kartą. Internet natomiast nie zapomina nigdy. Niczego. I teraz, o ile mogę jeszcze uznać, że chcę swoje życie upubliczniać, o tyle powstaje pytanie czy jestem faktycznie świadomy wszystkich tego konsekwencji? Trudniejszy jeszcze jest dylemat moralny: czy mogę podjąć taką decyzję w imieniu swoich dzieci?

Nie mam dobrej odpowiedzi na te pytania. Są one tym bardziej istotne od kiedy nasze wpisy służą coraz szerszej liczbie turystów do planowania wakacji (głównie w Toskanii). Im więcej prywatności tym mniej kontaktu z Wami i mniej radości z dzielenia się doświadczeniami podróżniczymi i życiowymi. W ramach poszukiwania złotego środka zdecydowaliśmy się wprowadzić element zapominania na blogu. Po jakimś czasie od publikacji wpisy ze zdjęciami dziewczynek będą zabezpieczane hasłem. rodzina i znajomi hasło już znają, gdyż jest ono na początku tego zdania. Wpisy przewodnikowe będą nadal publicznie służyć wszystkim spragnionym dalekich wypraw czy toskańskiego słońca.

Trzymajcie się i do przeczytania!