Pocztówka z Wielkiego Raju

We dolinie Aosty w Alpach znajduje się Wielki Raj. Dosłownie – jeden z czterotysięcznych szczytów nazywa się Gran Paradiso. Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta nazwa, ale GP jest niezwykle sympatyczną i przez to popularną górą. O niej będzie ta notka, bo na początku lipca zawitaliśmy tam z Anią, Markiem, Jaśkiem i Kacprem.

Gran Paradiso jest bardzo dostępne. Schronisko (a właściwie dwa schroniska) znajdują się niewiele ponad dwie godziny drogi z parkingu. Ze każdego ze schronisk droga na szczyt prowadzi łagodnie nachylonym lodowcem o północnej wystawie. Dzięki temu śnieg trzyma mocno aż do południa, a nawet po południu nie ma potoków wody. Po drodze nie ma trudności techincznych, ale na lodowcu trzeba się związać (szczególnie w zejściu) bo jest mocno uszczeliniony. Chciałoby się napisać, że GP to „łatwa” góra, gdyby nie to, że nie ma łatwych gór powyżej 4000 metrów.

W drodze do schroniska

Rifugio Chabod

Śnieżny trókąt po prawej to nasz jutrzejszy cel

Gran Paradiso to wymarzony szczyt dla tych którzy zaczynają przygodę z wysokościami, albo dla tych którzy się aklimatyzują przed kolejnym wysokim wyzwaniem. W naszej ekipie byli jedni i drudzy.

Ekipa – Ania, Marek, Jasiek, Kacper i ja – była naprawdę świetna – wesoła, mocna i bardzo sprawna. Wyruszyliśmy z parkingu w Pont w sobotę o 18. Ze schroniska Chabod wystartowaliśmy w niedzielę o 4.45. O 9 byliśmy już w kopule szczytowej. Tutaj utknęliśmy na ponad godzinę, ze względu na ogromny tłok. Była słoneczna lipcowa niedziela z idealnymi warunkami. Na pomysł wejścia na Gran Paradiso wpadło pewnie kikaset osób i chyba większości się udało. A pod szczytem są lekko techniczne skałki, na których niewiele kto się mięści. Na wierzchołku, czyli na 4060 m, trzy piąte ekipy zrobiło swoją życiówkę.

Ruszamy po ciemku, ale przy lodowcu jest już jasno

Wschodzące słońce zapala okoliczne szczyty

W tym kierunku widać nawet Monte Bianco

Lodowiec jest dobrze uszczeliniony

Z powrotem w Chabod byliśmy chyba koło 13, a przy autach o 16. Szczyt z parkingu i z powrotem zrobiliśmy w 22 godziny. To o kilka godzin lepiej niż cztery lata temu. Wtedy na Gran Paradiso wchodziłem ze Śpiewanem i Wilkiem. GP było rozgrzewką przed Blankiem. Przed czym się rozgrzewaliśmy w tym roku i czy nam się udało? O tym w kolejnym wpisie.

GP jest najwyższy w okolicy. Jeszcze dwieście metrów przed szczytem mamy świat u stóp

W kopule szczytowej

Widok na północ

Kolejka do Śnieżnej Madonny

Szczytowe selfie

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Ani

PS. Gran Paradiso to park narodowy, co oznacza, że nie można biwakować na dziko. Prawie nikt tego nie sprawdza, chyba że rozstawi się namiot zaraz przy drodze. Co ciekawe, można nocować bez namiotu, nawet przy drodze. W końcu na znaczku „zakaz biwakowania” jest przekreślony namiot, a nie śpiwór czy karimata.

W noc po zejściu z GP rozłożyliśmy się przy drodze na karimatach. I byłoby wszystko klawo, gdyby nie przyszedł do nas lis. Lis ten w ogóle nie czuł respektu, a rzuconą przez Kacpra butelkę po piwie z zainteresowaniem obwąchał. Zamiast uciekać, jak (chyba) robi każdy normalny lis. Wtedy rozbiliśmy jednak namiot. Wtedy przyjechali zieloni i kazali nam go złożyć. Wtedy przenieśliśmy namiot dziesiet metrów dalej i nawet się trochę wyspaliśmy. Ale wtedy (już nad ranem) przyjechali zieloni i kazali nam go złożyć. Wtedy złożyliśmy namiot i odjechaliśmy dziesięć minut dalej. Trochę było ganiania, ale w końcu lis był syty i owca wyspana. Wyspani ruszyliśmy zmierzyć się z… O tym w następnym odcinku.

A „bajka o wujku Kapslu i lisie” jest nową ulubioną bajką Janki. Za każdym razem Janka coś do niej dodaje. Ostatnio na przykład lis podrzucał butelkę wujka na nosie.

A to zdjęcie z czerwca 2011. Policzcie ludzi i porównajcie ze zdjęciem tytułowym notki

Tags: ,