Cel: przejść drogę rozbitów West Coast Trail na zachodnim wybrzeżu Vancouver Island

Trasa: Calgary (Alberta) – Salmon Arm (Kolumbia Brytyjska) – Vancouver – Nanaimo, Vancouver Island – Port Alberni – Bamfield – West Coast Trail – Bamfield – Victoria – Salt Spring Island – Vancouver – Calgary (Alberta)

Termin: 1-18.05.2007

Skład: Wojtek

kanada
  Na skraju raju
  Relacja z roadtripu przez kanadyjską Kolumbię Brytyjską
  Magazyn Logo, wrzesień 2009

 

 

 

 

Relacja autorska:
Źródło: forum Trampa

Na pewno umieracie z ciekawosci jak sie wyjazd udal :) Niestety musze to umieranie nieco przedluzyc bo relacje sie jeszcze nie napisala. Wrocilem w zeszla niedziele poznym wieczorem a od poniedzialku zaczalem nowa robote jako malarz. Nie mieszkam juz w akademiku wiec nie mam internetu i musze chodzic do biblioteki ktora krocej pracuje w wakacje.

W oczekiwaniu na relacje zapraszam do obejrzenia zdjec: wp.fotopic.net
Oraz krotkie podsumowanie:
- ¼ oryginalnego planu zrealizowana (20 z 80km West Coast Trail)
- 1 noc w opuszczonym domku kempingowym, 1 noc za kierownica, 2 w domku u buddysty, 4 w namiocie, 5 w hostelach
- 1 lawina blotna na autostradzie transkanadyjskiej z ktorej wyniklo 640 dodatkowych kilometrow
- 2 wioski indianskie
- 5 darmowych obiadow
- 5 spotkanych osob mowiacych po polsku
- 14 pelnych dni
- 23 samochody
- $60 zarobinych za 3h przezucania drewna
- 1200 bezdomnych na ulicach Vancouver
- ok. 2500 km przejechanych w samochodach z czego 500km za kierownica

Dzien 1. Calgary- Eagle Bay
Przygoda zaczela sie mocno nieciekawie – od 3 godzin stania na autostradzie na rogatkach Calgary. W pewnym momencie bylem tak zdolowany, ze postanowilem ze jeszcze godzina i rezygnuje z calego przedsiewziecia. Wtedy zatrzymal sie wreszcie samochod – bialy Ford Explorer z przyczepa. Po chwili rozmowy okazalo sie ze mam szczescie i przejade ponad polowe dysnansu do Vancouver – do Salmon Arm. Przy okazji dowiedzialem sie tez ze lapanie stopa na autostradach w Kanadzie jest nielegalne, a koles wiedzial o czym mowi, bo byl wice-naczelnikiem wiezienia w Calgary. Wybieral sie natomiast na pare dni do niewielkiej wioski Eagle Bay nad jeziorem Shuswap, gdzie ma domek letniskowy. Podroz zajela nam okolo 6,5h, a w miedzyczasie dostalem darmowy obiad :). W Salmon Arm bylem jeszcze sporo przed zmierzchem wiec postanowilem probowac dojechac dalej. Chwile po tym jak wice-naczelnik wiezienia odjechal zorientowalem sie ze zostawilem w samochodzie kurtke. Nie mialem do niego telefonu, nawet nie wiedzialem jak koles ma na imie (przedstawil sie ale zapomnialem) ale wiedzialem ze jedzie do Eagle Bay. Poniewaz nigdzie mi sie nie spieszylo postanowilem sprobowac go odnalezc i odzyskac kurtke.
Szczescie sie znowu usmiechnelo bo po chwili zlapalem podwozke do samego Eagle Bay (ktore jest kilkadziesiat kilometrow w bok od autostrady). Kierowca jak sie dowiedzial co zamierzam oraz ze nie wiem gdzie poszukiwany koles mieszka ani jak sie nazywa zaczal sie histerycznie smiac bo Eagle Bay choc male (2tys mieszkancow) ma… ponad 20km dlugosci. Nie zepsulo to jednak mojego pozytywnego nastawienia, a ze zrobilo sie pozno postanowilem poszukiwania przelozyc na jutro a tymczasem znalazlem jeszcze nie otwarty osrodek kempingowy (byl ostatni dzien kwietnia), nad samym brzegiem jeziora. Szczescie nadal mi sprzyjalo bo domki byly pootwierane.

Wyjazd z Calgary na zachód, w kierunku Gór Skalistych

Dzien 2. Eagle Bay – Vancouver.
Choc nie wiedzialem jak poszukiwany sie nazywa ani gdzie ma domek, znalem sporo szczegolow na jego temat: niski i siwy, okolo 50tki, jezdzi bialym fordem explorerem z przyczepa, jest wice-naczelnikiem wiezienia w Calgary, ostatni raz w Eagle Bay byl w lutym, i – moj as w rekawie – ma sasiadow Niemcow (ile Niemcow moze mieszkac w malej wiosce w srodku zachodniej Kanady?). Poszukiwania postanowilem zaczac od jedynego sklepu w Eagle Bay.
Niestety w Kanadzie male miejscowosci funkcjonuja inaczej niz w Polsce. Moja wiedza na temat miejsca w ktorym mieszkam konczy sie na moim plocie. A wlasciciele jedynego sklepu w miejscowosci sa chyba ostatnimi osobami ktorych powinno sie podjerzewac o to ze kogos znaja wiecej niz z imienia. Na dodatek polowa Eagle Bay to ludzie z Calgary i polowa jezdzi bialym duzym samochodem. Pomyslalem ze nie mozna miec wiekszego pecha jak sie okazalo ze Eagle Bay to z jakiegos dziwnego powodu ulubione miejsce Niemcow, ktory mieszka tu kilkaset…
Nie widzac innego wyjscia zaczalem spacerowac po kolejnych bocznych uliczkach w nadziei ze zobacze samochod lub spotkam kogos kto jednak zna tego goscia. Jeden z zapytanych ludzi tak sie mna przejal ze wsadzil mnie w samochod i przejechalismy cale Eagle Bay wzdluz i wszerz. Nic, wice-naczelnik wiezienia zapadl sie pod ziemie wraz z moja kurtka.
Nie pozostawalo nic innego jak zrezygnowac, wiec okolo 16 znow bylem na transkanadyjskiej ‘jedynce’. Po pol godziny zatrzymal sie chyba 30letni gruchot z mlodym kolesiem za kierownica.
- Dokad jedziesz?
- Vancouver.
- Super! No to mam niezle szczescie.
- Nie, to ja mam szczescie, bo zostalo mi 20 dolarow a to nie starczy na paliwo do Vancouver.
Wraz z kilometrami moj kierowca nabieral do mnie coraz wiekszego zaufania co objawialo sie tym ze oddal mi kierownice na jakies 100km, bo byl nieco zmeczony jazda – jechal z Winnipeg juz drugi dzien (ponad 20h za kolkiem) – mimo ze nie mialem ze soba prawa jazdy, oraz tym ze wyznal mi z jakiego powodu wlasciwie jedzie do Vancouver – uciekal od wymiaru sprawiedliwosci, ktory go chcial umiescic w areszcie do czasu rozprawy w sprawie jakiejs bojki w barze. Moj znajomy twierdzil ze oskrazony jest bezpodstawie a ja stwiedzilem ze bede sie lepiej czul jesli mu uwierze.
Polecil mi tez tani nocleg w Vancouver – na plazy kolo kampusu mozna sie przespac za darmo „ale pamietaj ze aby przetrwac noca w Vancouver musisz sluchac instynktu i nikomu nie ufac”. Na szczescie poza tanim noclegiem na plazy znal tez tani hostel (ktory okazal sie byc wcale taki tani…)

Jeszcze kilka slow o samej drodze z Calgary do Vancouver. Napierw jest plaska preria i droga zmierza w strone poteznego muru Gor Skalistych. Potem wspina sie dlugo dolinami na przelecz z drugiej strony zjechac do ogromnej i szerokiej doliny w ktorej lezy Golden. Nastepnie pokonuje sie jeszcze jedno pasmo troche nizszych gor w ktorych znajduje sie Glacier National Park. Pozniej zaczyna sie kraina jezior i wzgorz – troche jak nad nasza Solina. I wszedzie zielono. Gdy wyjezdzalem na prerii konczyla sie zima, a tu nad jeziorami mozna bylo wrecz oslepnac od zieleni. Nastepnie ‘jedynka’ skreca na poludnie prowadzac przez ekstremalnie suchy krajobraz kanionem rzeki Fraser – krajobrazy jak w poludniowym Kirgistanie. Pozniej dolina sie obniza, rozszerza (do kilkudziesieciu kilometrow) i skreca na zachod. Zaczynaja sie wysokie topole, a na szerokiej austradzie z kazdym kilometrem coraz wiecej samochodow. Po 100km pierwsze zabudowania, kolejne 100km budynkow coraz wiecej i coraz gesciej, by wreszcie dotrzec do Vancouver downtown.

W Vancouver

Dzien 3. Vancouver – Pachena Bay
Dzien w Vancouver zaczalem od poszukiwania sklepu z kurtka przeciwdeszczowa. Pierwsze wrazenie na temat miasta to pytanie: dlaczego dwie kolejne olimpiady (Pekin 2008, Vancouver 2010) beda organizowane przez ten sam narod? Poza Chinczykami w Vancouver sa jeszcze bezdomni. Bedomni sa absolutnie wszedzie, wystaja na kazdym rogu, nocuja w kazdej bramie, nawet jesli jest to brama komisariatu policji. W zwiazku z tym nielatwo bylo mi znalezc sklep z kurtka bo bezdomnych nie chcialem pytac a Chinczycy generalnie nie mowili po angielsku. Znalazwszy sklep musialem poczekac chwile na otwarcie wiec czas ten wykorzystalem na obserwowacje przebudzania sie okolicznych bezdomnych. Do tej calej srednio pozytywnej atmosfery doszla jeszcze pani ktora dobijala sie do zamknietego sklepu, po czym spytala mnie dlaczego zamkniety skoro jest jeszcze przed 18. Jak jej powiedzialem ze jeszcze nie otworzyli to stwierdzila ze jej sie pory dnia pomylily bo pracuje na cmentarzu i sobie poszla.
A ja po jakims czasie zaopatrzony w nowa kurtke typu sztormiak zlapalem autobus do Horshoe Bay. Tam oczekujac na prom poznalem pare Niemcow, z ktorymi probowalem pogadac po niemiecku po to by stwierdzic ze wszystkie stracone weekendy przez 3 lata nauki tego pieknego jezyka na uczelni poszly zupelnie na marne.

Po poludniu dotarlem na wyspe do pieknej miejscowosci Nanaimo. Z Nanaimo dwoma stopami dotarlem do Port Alberni po drodze zatrzymujac sie w parku z mega-wysokimi drzewami. W drugim stopie poznalem brytyjczyka Petera, ktory konczyl jakis studia biznesowe. Kiedys zazdroscilem ludziom ze zdolnosciami manualnymi, ze moga sobie podrozowac po swiecie i zarabiac na dalsza podroz np. zonglujac na ulicach. A co ja po takim SGH moge robic? Peter zaprzeczyl temu stereotypowi – podrozuje po swiecie, a gdy mu brakuje kasy albo gdzies mu sie bardzo podoba zatrudnia sie na pare miesiecy w jakiejs firmie doradzajac im w sprawach strategii marketingowych. Do tego w niektorych miejscach w ktorych zostaje na dluzej zeby sie nie nudzilo bierze sobie slub, przez co ma byle zony i dzieci w wielu zakatkach swiata. Z ciekawostek ktore opowiadal, to to ze mieszkajac na Vancouver Island nauczyl sie nie zostawiac kota na dworze, bo jest to rownoznaczne z fundowaniem obiadu orlom. Na koniec podrozy dal mi swoja wizytowke, ‘Any problem, just call me’.
Z Port Alberni pozostalo mi juz tylko 90km do Pachena Bay, gdzie zaczyna sie West Coast Trail. I tu sie zaczal problem – droga jest zuzlowa i prowadzi do jednej malutkiej miejscowosci – Bamfield. Na pierwszy samochod jadacy w tamtym kierunku czekalem 1,5h. Byl to truck z dwoma siedzeniami, z ktorych obydwa byly zajete wiec musialem sie zadowolic podroza pod golym niebem. A niebo wlasnie wcale nie bylo takie gole, tylko szczelnie zakryte chmurami z ktorych padal deszcz. Moi kierowcy – drwale, ojciec i syn – umilali sobie podroz caly czas palac trawe. Niewygody podrozy rekompensowaly widoki, a bardziej sama atmosfera – zuzlowa droga jak w bieszczadach, niesamowicie gesty las wokol, bardzo pofaldowany teren i co chwila jakies zapomniane jezioro albo kawalek fjordu.

Jodły Douglasa

Dzien 4. WCT
Okolo 8 rano obudzil mnie glos milego pana, ktory powiedzial ze trwa tu scinka drzew i moj namiot jest w ‘polu razenia’. Pogoda nie nastrajala do chodzenia – lalo. Chwile pozniej okazalo sie pogoda jest akurat najmniejsza przeszkoda – West Coast Trail zamkniety do 15 maja. Troche sie zdziwilem bo w polowie kwietnia na stronie informowali ze otwieraja bez opoznien 1 maja. Nie bylem jedyny ktory sie nadzial – poza mna wsciekali sie jeszcze jacys Szwajcarzy. Jednak ze zwalonymi mostami ciezko sie dyskutuje i trzeba uznac ich racje – z 6dniowego trekkingu nici. Jedyne co pozostawalo to jednodniowa wycieczka na szlak. Nocowanie na terenie parku bylo teoretycznie zabronione, ale chcialem polazic troche wiecej niz jeden dzien wiec chwile pokombinowalem i wpisalem sie do ksiegi wyjsc na nastepny dzien informujac pania strazniczke ze dzisiaj z powodu zlej pogody zostane na kempingu (tam gdzie scinali drzewa), po czym omijajac szerokim lukiem lesniczowke wyruszylem na szlak.

Po dwoch godzinach marszu deszcz przestal padac i moglem zaczac robic zdjecia. West Coast Trail jest naprawde niesamowicie piekny – las to istna dzungla – tak gestego lasu jeszcze w zyciu nie widzialem. West Coast Trail oryginalnie powstal w 19 wieku jako sciezka ratownicza dla rozbitkow. W tych okolicach wybrzeze jest bardzo skaliste i w tamtych czasach sporo statkow sie rozbijalo w tych okolicach. Rozbitkowie jesli przezyli katastrofe i dotarli do brzegu mieli srednie szanse przedzec sie do jakiejs cywilizacji przez tak gesta dzungle.

Na West Coast Trail

Na West Coast Trail

Dzien 5. WCT
Tego dnia pogoda dopisala – caly dzien swiecilo slonce. Szlak choc niesamowicie piekny to jednak jest dosyc nudny wiec srednio jest o czym pisac. Idzie sie na zmiane kilka kilometrow waska sciezka przez dzungle i kilka kilometrow po piaskowo-skalisto-kamienistej plazy. Jest mnostwo mostkow i drabinek. I mnostwo zieleni, ale o tym juz chyba pisalem. Jest jeszcze latarnia morska. W lesniczowce sie dowiedzialem ze latarnia jest czynna i mieszka tam dwoch latarnikow. Idac prawie caly dzien w deszczu przez dzungle mialem niezle wyobrazenie o tych latarnikach–odludkach: przez pol roku paru turystow dziennie sie pojawi, a przez pol roku kiedy szlak nieczynny samotnie, w deszcz, snieg, odcieci od cywlizacji w srodku dzungli. Do tego wyobrazenia doszedl jeszcze zwalony mostek prowadzacy do latarni. Natomiast gdy przekroczylem furtke nie moglem uwierzyc wlasnym oczom – wielka dzialka, trzy domki z pieknymi kwiatami w doniczkach, elegancko przystrzyzona trawka, ogrodek z warzywami, rabatki, miejsce na grilla i obowiazkowo – ladowisko dla helikopterow. Gdzies w rogu posiadlosci, nad brzegiem klifu niepozornie wygladajaca i nierzucajaca sie w oczy latarnia morska.

Na West Coast Trail

Na West Coast Trail

Dzien 6. Bamfield.
Nie planowalem wczesnie wstawac ani pokonywac piechota dystansu 5km z Pachena Bay do Bamfield, gdzie konczy sie zuzlowa droga wiec we wspomnianej wiosce wyladowalem kolo pierwszej. W sklepie dowiedzialem sie ze o 4 jest prom w kierunku polnocnym, do Uculelet. Nie majac sprecyzowanych dalszych planow postanowilem kontynuowac podroz w tym kierunku. Dokladne zwiedzenie tej praktycznie martwej rybackiej wioski na koncu niczego zajelo mi 20 minut. Reszte czasu spedzilem czytajac ksiazke w sklepie, bo na dworze bylo zimno i znow padal deszcz. W ‘porcie’ (czyli na rozlatujacym sie molo) spedzilem ponad godzine czekajac na prom, by dowiedziec sie ze prom przyplynal kolo trzeciej a ze nikogo nie bylo to od razu odplynal z powrotem. Nastepny prom mial byc nastepnego dnia o 11 wiec po malo tworczych probach zabicia czasu rozbilem namiot na nieczynnym kempingu i poszedlem spac.

Dzien 7. Bamfield – Victoria.
Nauczony doswiadczeniem dnia poprzedniego w ‘porcie’ bylem juz o dziesiatej. Tym razem prom nie przyplynal za wczesnie – nie przyplynal w ogole. Wprawdzie w sklepie przypuszczali ze jest szansa ze przyplynie po poludniu, jednak jakos srednio pociagala mnie perspektywa spedzenia kolejnego dnia w sklepie czytajac ksiazke, tym bardziej ze znow padalo. Wyszedlem na droge (zuzlowke) w nadziei ze jest niedziela i moze ktos akurat bedzie wracal do cywlizacji. Pierwszy samochod jechal tylko kilometrow do kempingu przy WCT. Kiedy odspiewalem swoja standardowa ‘wizytowke’ kierowca spytal: Poland? Mouisz pa polsku? Koles mial kolo piecdziesiatki i byl Kanadyjczykiem urodzonym w Montrealu. Jego rodzice byli Polakami i polskiego nauczyl sie od mamy. Nigdy nie chodzil do polskiej szkoly, nigdy nie przebywal w polskim towarzystwie. Od 10 lat mieszka w Bamfield i pracuje pomagajac miejscowym Indianom w pobliskiej osadzie Anacla. Bylem naprawde pod ogormnym wrazeniem bo po polsku mowil bardzo sprawnie i poprawnie. Natomiast wsrod Polonii w Calgary mlodzi, czesto urodzeni w Polsce, miedzy soba rozmawiaja po angielsku a jezyk polski jest u nich zazwyczaj raczej slaby.
Zainteresowany rozmowa z gosciem postanowilem sprawdzic ta osade indianska w nadziei ze uda mi sie porobic zdjecia potomkom Winnetou. Na poczatku przywitaly mnie psy. W osadzie bylo parenascie zapuszczonych domow ktore wyraznie konkurowaly w kategorii ‘najwiekszy balagan na podworku’. Gdy doszedlem do konca osady mialem wrazenie ze psy ktore mnie przywitaly to jedyne zywe istoty. Na szczescie na drodze pojawil sie samochod. W samochodzie jechal bialy i Indianin, ktorzy napalili sie trawy i postanowili sie troche rozerwac – przejechac sie przez wioske tam z powrotem. Zapytalem ich o sklep i wskazali mi jakis dom. Plan byl chytry: w sklepie na pewno sprzedaja piwo, a wiec bedzie tam kilku przedstawicieli starszyzny pijacych piwo. Kupie piwo, dosiade sie, nawiaze dialog i zapytam czy moge im zrobic zdjecia. A nawet jesli nie bedzie przestawicieli starszyzny to na pewno bedzie jakas mloda indianska ekspiedientka.
Dom w niczym nie przypominal sklepu. Po kilku minutach z balkonu burknal na mnie grubas w gaciach: Czego?. Powiedzialem grzecznie ze ja do sklepu i po kolejnych kilku minutach otworzyly sie drzwi. Przeszlismy przez kilka pomieszczen ktore wskazywaly na to ze domki w wiosce konkuruja takze w kategorii ‘najwiekszy balagan w srodku’ az doszlismy do jakby-spizarni w ktorej znajodwalo sie kilka paczek czipsow, czekolad i puszek coca-coli…
Poza tym w indianskiej wiosce znajdowal sie jeszcze totem i mala dziewczynka bawiaca sie w kaluzy. I psy raz jeszcze na dowidzenia.
Lapanie stopa na zakrecie zuzlowki nie trwalo znow zbyt krotko. Zabralem sie do samochodu z pania, ktora wiozla dwoje swoich malych dzieci. Gdy wsiadalem dzieci cichutko spaly oszukujac moja czujnosc. Kobieta niestety nie jechala do Port Alberni tylko drogami do scinki drzewa planowala przedostac sie w kierunku wschodnim do Duncan skad juz normalna droga na poludnie do Victorii. Postanowilem zatem ze zamiast na polnoc wybiore sie na poludnie wyspy – do stolicy BC, Victorii.
Fiona, bo tak nazywala sie kobieta, byla kolejnym niesamowitym czlowiekiem spotkanym na trasie mojej wyprawy. Byla chodzaca (a wlasciwie prowadzaca samochod) encyklopedia. Przeszedlem przyspieszony kurs ekonomii srodowiska na specjalizacji wycinka drzewa i polow ryb. Rzad kanadyjski mial na przyklad pomysl jak przeciwdzialac nadmiernym polowom lososia. Wprowadzili kwoty polowowe i sprzedawali licencje. Z drugiej strony zeby zapewnic zywot miejscowym rybakom, przede wszystkim indianskim licencje byly niedrogie. Poniewaz byly niedrogie wiec na dziendobry wszystkie licencje wykupil milioner z Vancouver a zaraz pozniej wykupil wszystkie kutry rybackie na wyspie. No i w ten sposob Indianie w wioskach w dzunglii przestali lowic ryby i skupili sie na konkurencjach typu „najwiekszy balagan w ogrodku”.
Jezeli chodzi o wycinke drzewa to kompanie drzewne kilkadziesiat lat temu wycinaly i zalesialy ze wschodu na zachod. Kiedy wyszly na jaw plany zrobienia parku narodowego na zachodnim brzegu drwale na wyscigi wyrabali waskie sciezki do samego Pacyfiku i zaczeli wyrab w kierunku wschodnim zaczynajac mniej wiecej kilometr od brzegu. To tlumaczy dlaczego obecnie Pacific Rim National Park ma taki dziwny ksztalt – dlugi i waski.
Albo historia o zaleznosci losos-drzewo. Kiedy zasadzone drzewka na wykarczowanym terenie urosly po ilus tam latach wedlug formuly mialy byc tak samo ‘dobre’ jak te poprzednie. Niestety okzalo sie ze jakies takie slabe i watle im porosly. No i jakis naukowiec wyczail ze to miedzy innymi z powodu braku lososia w rzekach. Bo jak misiek brunatny albo jakis inny zwierz zlapie sobie rybke to nie siedzi na rzeka bo boi sie przyjdzie grizzly albo przyleci orzel i mu ta rybke skonfiskuja. Wiec lapie tych rybek sporo i spieprza do lasu, zjada jedna a reszte zostawia pod drzewem. A ze pamiec ma krotka to zapomina po chwili gdzie zostawil, a lososie sobie gnija i nawoza glebe na ktorej pozniej ladne drzewa rosna. I tak kazdego dnia czlowiek uczy sie czegos nowego o otaczajacym go swiecie.
Dzieci w samochodzie sie przebudzily, a za podroz trwala juz dobre pare godzin to zaczely sie robic delikatnie mowiac nieznosne. Na szczescie Fiona dobrze sie orientowala w sytuacji wiec zaproponowala mi ze z Duncan do Victorii jedzie bardzo fajny jedno-wagonowy pociag, ktory jest spora atrakcja na wyspie wiec jesli chce sie nim przejechac to ona mnie zostawi juz w Duncan. Ja odparlem ze wprawdzie chetnie bym sie z nia zabral do samej Victorii, ale skoro jest tu taka atrakcja to jakze nie skorzystac
W niedziele wieczorem dotarlem do Victorii.

Victoria

Victoria

Victoria

Obejrzyj zdjęcia z wycieczki:

Tags: , , ,