W 2008 weszliśmy na Pik Lenina w Kirgistanie. Ta notka będzie natomiast o szczytach, na które wejść się nie udało

Przygodę z górami zacząłem chyba w przedszkolu podczas wyjazdów do Szczawnicy z babcią i dziadkiem. Trudno mi jednak powiedzieć kiedy dokładnie stało się to pasją, kiedy złapałem górskiego bakcyla. Może podczas obozu wędrownego w Beskidach piętnaście lat temu, albo podczas partyzanckiego wyjazdu w Tatry dwa lata później? A może gdy pierwszy raz zobaczyłem prawdziwie dzikie góry na Syberii dziesięć lat temu? Faktem jest, że podczas piętnastu lat intensywnych wyjazdów zdobyłem wiele szczytów. Równie wielu nie zdobyłem, choć próbowałem. Dzisiaj właśnie chciałem się pochwalić moimi dziesięcioma najważniejszymi niezdobytymi górami.

10. Wielki Krywań (1709m), Mała Fatra, Słowacja.
Marzec 2008

Spod Krywania nas zwyczajnie wywiało

Długo myślałem, czy jest jakaś rodzima góra, która mnie kiedyś pogoniła i nic nie wymyśliłem. Za to po sąsiedzku, na Słowacji, jest Wielki Krywań, na który nie weszliśmy z Martą i Wilkiem w marcu 2008. To był nasz pierwszy górski biwak zimowy. Wybraliśmy się na Słowację w ramach treningu przed lipcowym wyjazdem w nieco wyższe góry Pamiru. Biwak się udał – zabrałem tyle ciepłych rzeczy, że pół nocy mi zeszło na zdejmowaniu kolejnych ubrań i wychodzeniu z kolejnych warstw śpiworów. Szczyt się nie udał, bo nad ranem zerwał się zupełnie nieludzki wiatr. Zrezygnowaliśmy, bo zwyczajnie nie było możliwości iść pod górę. Mimo, że w planach na najbliższe lata nie mamy Małej Fatry, to myślę, że prędzej czy później Wielki Krywań wpuści nas na wierzchołek. Toteż rezygnację wspominam bez żalu.

Wyjazd w Fatrę był też naszym pierwszym wyjazdem na rakietach śnieżnych. Pierwszym i ostatnim, bo zupełnie nie przekonał nas ten sposób wędrowania.

9. Elbrus (5642m), Kaukaz, Rosja.
Sierpień 2009

Piękno rosyjskiego Kaukazu

Najwyższa góra Europy i najbrzydsza góra świata. Wielka, śnieżna bałucha udekorowana żelastwem, przewróconymi słupami wysokiego napięcia i toną śmieci. Rozjechana przez dziesiątki ratraków z turystami, które wjeżdżają prawie na sam szczyt. Elbrus jest jawnym zaprzeczeniem dewizy każdego podróżnika, że świat jest piękny a ludzie dobrzy. Wokół Elbrusa jest paskudnie, a miejscowi są podli. Nie cofną się przed niczym aby wykorzystać przyjezdnego – do użycia przemocy włącznie.

Miłe wspomnienia z Elbrusa mam tylko dzięki wspaniałej ekipie, z którą wybraliśmy się w rosyjski Kaukaz. Byliśmy weseli, sprawni i ambitni. Na szczyt próbowaliśmy wejść dwa razy, ale wiatr nas skutecznie przegonił. Potem pogoda się zepsuła i do końca wyjazdu szans na szczyt już nie było. Szkoda, bo wiem, że tej góry już nie zdobędę. Na Elbrus postanowiliśmy nigdy więcej nie wracać. Dodatkowym czynnikiem potęgującym nasz żal, było to, że kilka tygodni przed nami na szczyt wszedł znany młody polski podróżnik, który stracił w wypadku obydwie nogi. Jemu się udało, a nam nie. Trudna nauczka pokory w górach.

8. Pico Aneto (3404m), Hiszpania, Pireneje.
Czerwiec 2010

Biwak pod Pico Aneto w Pirenejach

Wycof spod najwyższego szczytu Pirenejów wyniknął ze zwyczajnego błędu w rachunkach. W Pireneje pojechaliśmy z Martą na weekendową wycieczkę z Madrytu. Założyliśmy, że nie będzie padać i poszliśmy na lekko z planem biwaku tuż przed lodowcem. Przed świtem zerwała się niby niewielka burza, która nas jednak wymęczyła – chroniliśmy się tylko płachtą namiotową. Przemoczeni i niewyspani straciliśmy apetyt na dreptanie w górach po lodowcu i po szybkim zejściu na dół uciekliśmy nad ciepłe i zupełnie puste o tej porze roku morze. W Pireneje jeszcze kiedyś wrócimy, choć pewnie nie za szybko – obydwoje dużo lepiej odnajdujemy się w Alpach.

7. Szchara (5193m), Kaukaz, Gruzja
Sierpień 2010

Spod Szchary mamy piękne zdjęcie!

Pomysł wejścia na najwyższy szczyt Gruzji był tylko pomysłem. Zabrakło planu i przekonania w realizacji. W sierpniu 2010 pojechaliśmy do Gruzji. Razem z Martą, Emilką, Śpiewanem, Wilusiem i Kozikiem wchodziliśmy na Kazbek (5047m). Góra jest fantastyczna – piękna i wymagająca. Czwórce z nas udało się stanąć na szczycie. Potem pojechaliśmy świętować sukces nad morzem i jeszcze pospacerować po innych górach, w Swanetii. Gdy zasadnicza część wyprawy się skończyła i większość ekipy wróciła do Polski mieliśmy z Martą jeszcze tydzień na działalność. A skoro już byliśmy w Swanetii to postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda Szchara, najwyższa góra w Gruzji.

Pojechaliśmy, popatrzyliśmy i odpuściliśmy. Lodowiec był poszczeliniony, w kilku miejscach wisiały seraki. Jakiś czas później doczytałem, że na Szcharę wcalę nie trzeba wchodzić przez lodowiec, tylko boczkiem, po morenie i skałach. Informacji jednak nadal jest niewiele, bo prawie nikt nie wchodzi na Szcharę od strony gruzińskiej. A od strony rosyjskiej góra jest bardzo trudna. Trudno powiedzieć, czy była w naszym zasięgu, czy może zupełnie nie. Sukces na Kazbeku nam w zupełności wystarczył. A spod Szchary pojechaliśmy na drugi koniec Gruzji – do Kachetii, gdzie raczyliśmy się zabytkami Unesco i słynnym gruzińskim winem. Ale to już zupełnie inna historia.

6. Mount Ayanganna (2041m), Pakaraima, Gujana.
Luty 2009

Góry nie udało się nie tylko zdobyć, ale nawet zobaczyć. Za to widzieliśmy taki wodospad!

Ayanganna to najwyższa góra Gujany, bananowej republiki w Ameryce Południowej. To góra stołowa otoczona dżunglą. Podobna chyba do wenezuelskiej Roraimy (pewności nie mam, bo na żadnej z dwóch nie byłem), tylko jest bardziej dzika i niedostępna. Wymarzyło nam się dotrzeć pod Ayangannę (a potem na jej szczyt) drogą lądową. Pierwsza część zakończyła się pełnym sukcesem – pierwszy tydzień w gujańskiej dżungli to highlight wyprawy. Z drugiej części planu zrezygnowaliśmy – obliczyliśmy, że nie starczy nam czasu.

To co się działo potem to bardzo długa opowieść. Razem ze wszystkimi szczegółami i emocjami, które towarzyszyły wyprawie do Gujany stworzyłaby dobrą książkę. Aby wejść na szczyt na pewno czasu by wystarczyło. Pytanie – wciąż zasadne – brzmiało raczej: jak stamtąd wrócić?

Z Ayanganą i Gujaną mam niewyrównane rachunki. I myślę, że już tak pozostanie.

5. Barre des Ecrins (4102m), Alpy, Francja.
Sierpień 2013

Barre des Ecrins o wschodzie

W lecie 2013 wylądowałem na trzy miesiące w Genewie. W samym sierpniu udało mi się zaliczyć dwa wycofy z dwóch czterotysięczników jeden weekend po drugim. W pierwszym przypadku (Lagginhorn 4010m) sprawa była w stu procentach oczywista. Zdobyliśmy we czterech prawie czterotysięczny Fletschhorn i wtedy Marek zdecydował, że drugi szczyt sobie odpuszcza. Ja zgłosiłem się, żeby mu potowarzyszyć w drodze na dół. I dobrze zrobiłem, bo Lagginhorn tego samego dnia byłby zdecydowanie ponad moje siły.

Jednak tydzień później nie miałem się kim wykręcić, bo nikt wracać nie chciał, więc sam zdecydowałem o odwrocie. Trochę było późno, ale znowu nie aż tak. Decyzja chyba zatem zbyt asekuracyjna, ale czasem i takie trzeba podjąć. Na pocieszenie pozostaje, że zdobyliśmy przedwierzchołek, który już cztery tysiące miał. Wtedy już działał nasz blog, więc pierwsza przygoda jest opisana tutaj, a druga tutaj.

4. Munku-Sardyk (3491m), Sajan Wschodni, Rosja.
Sierpień 2005

Na Syberii zamiast Munku-Sardyka zdobyliśmy ten kamień

Pierwsza wyprawa w góry wysokie i od razu pierwszy bolesny wycof. Munku-Sardyk to najwyższy szczyt Syberii Wchodniej. Na szczyt chcieliśmy wejść po zakończeniu fantastycznego, dzikiego, dziesięciodniowego trekkingu w rejonie Piku Topografów. Munku-Sardyk to szczyt wysoki, ale technicznie (podobno) prosty – można się na niego wdrapać bez sprzętu, którego wtedy nie tylko nie mieliśmy, ale nawet nie wiedzielibyśmy jak używać.

Podczas biwaku przed wyjściem na szczyt, wieczorem zrobiło się okrutnie zimno. Nocą natomiast w namiotach było nienaturalnie ciemno i zrobiło się trochę zbyt duszno. Okazało się, że napadało na nas dwadzieścia centymetrów świeżego puchu. W takich warunkach nikt nie miał wątpliwości, że próbę trzeba odpuścić. Z wielkim żalem schodziliśmy z powrotem w doliny.

Nasz żal zrobił się jeszcze większy podczas powrotu do Polski. W pociągu transsyberyjskim spotkaliśmy trzech Polaków, którzy nigdy nie byli w górach i postanowili pojechać sobie na Munku-Sardyk. Bez przygotowania i bez żadnej wiedzy, ryzykując zdrowiem szczyt zdobyli. My przygotowani i ambitni wracaliśmy na tarczy. Góry bywają doprawdy okrutne.

3. Mount Assiniboine (3618m), Góry Skaliste, Kanada.
Sierpień 2007

Kanadyjski Matterhorn

Tutaj zrobiliśmy wycof

Pierwszą trójkę rozpoczyna najpiękniejsza góra Ameryki Północnej, kanadyjski Matterhorn, czyli Mount Assiniboine. Fantastyczna, kształtna, regularna piramida wybijająca się wysoko ponad wszystko dookoła. Kształtem przypomina indiańskie tipi, i tak jak indiańskie tipi codziennie „dymi” o poranku. To słońce odparowuje napadany nocą śnieg. Stąd nazwa góry – Assiniboine to nazwa plemienia, które zamieszkiwało prerie przed murem Gór Skalistych, gdy przybyli tu biali niewiele ponad dwieście lat temu. (Swoją drogą „Assiniboine” w wolnym tłumaczeniu oznacza „Ci, którzy gotują wrzuając rozgrzane kamienie do wody”.)

Na szczyt Assiniboine próbowaliśmy wdrapać się z Martą podczas naszej wielkiej kanadyjskiej włóczęgi w 2007 roku. Zobaczyliśmy jej zdjęcie na okładce mapy i zakochaliśmy się. Szkoda tylko, że wtedy byliśmy jeszcze wspinaczkowymi żółtodziobami. Pod górę szło się całkiem nieźle, ale w głowie kołatała się myśl, że w dół może być odrobinę trudniej. W końcu obydwoje doszliśmy do podobnych wniosków i gdzieś w połowie podejścia, po obejrzeniu sobie Kanady z góry zawróciliśmy.

2. Noszak (7492m), Hindukusz, Afganistan.
Sierpień 2011

Baza pod Noszakiem

Poranek w obozie trzecim. Te szczyty w dole mają po pięć-sześć tysięcy metrów

Najpoważniejsza w naszej karierze ekspedycja wysokogórska – druga próba na siedmiu tysiącach metrów, trudny teren (Afganistan!) plus bardzo mocna i doświadczona ekipa. Noszak to najwyższy szczyt Afganistanu i góra niezwykle ważna w rodzimej historii podboju gór wysokich – tutaj zaczął się polski zimowy himalaizm. Postanowiliśmy ją zdobyć po 37 latach od ostatniego polskiego wejścia. Wszystko szło doskonale, lepiej niż mogliśmy się tego spodziewać. Zaczynając od udanego przeszmuglowania litra wódki do Islamskiej Republiki Afganistanu, przez sprawną logistykę (transport i tragarze) po dobrą pogodę i szybką aklimatyzację. Po dwunastu dniach działalności górskiej byliśmy już gotowi atakować szczyt. Wykonaliśmy trzy próby.

Pierwsza próba, solowa Krzyśka, załamała się z powodu wiatru i zimna. W drugiej próbie poszło nas czworo: dwóch Krzyśków, Marta i ja. Ja po godzinie zawróciłem – bałem się odmrożenia palców u stóp i Marta zeszła ze mną. Za to dwóch Krzyśków stanęło na szczycie – mogliśmy więc wszyscy świętować sukces!

Z Martą podjęliśmy jednak jeszcze jedną próbę. I właśnie w trakcie tej próby zaliczyliśmy wycof, który trafia na drugie miejsce w rankingu. Niby wszystko szło dobrze – pogoda słoneczna i bezwietrzna, biwak szturmowy podniesiony ponad trudną barierę skalną na 7000m, ale jednak coś było nie tak – zimno, zmęczenie i wolne tempo. W którymś momencie uznaliśmy, że w godzinę musimy dojść do „tamtych krzaczków”, żeby móc bezpiecznie kontynuować akcję. Nie doszliśmy. Nie wiem, skąd nam się wzięła się ta godzina i „tamte krzaczki”. Tam w ogóle się nie myśli, nie analizuje ani nie kalkuluje. Tylko – o ile wystarcza tlenu w powietrzu – podejmuje się możliwie najprostsze decyzje. Wróciliśmy. Czy mogliśmy tego dnia dojść na szczyt? Chyba nie, bo wieczorem pogoda zrobiła się burzowa. Ale wtedy tego nie mogliśmy wiedzieć.

O Noszaku wyszedł nam całkiem zgrabny artykuł prasowy, który możecie przeczytać tutaj.

1. Monte Cervino (Matterhorn, 4478m), Alpy, Włochy.
Lipiec 2015

Grań Lwów to droga od włoskiej strony. Trudniejsza, ale też mniej zatłoczona niż szwajcarska droga normalna

Jasiek w drodze do schroniska Carell. Ja tymczasem już w domu

Ręka w górę, kto nie marzył o zdobyciu najpiękniejszej góry świata! Ja marzyłem, co więcej – marzę nadal. Tą najpiękniejszą górą jest chyba właśnie alpejska Monte Cervino (lub jak kto woli – Matterhorn). Pod Cervino byłem miesiąc temu. To właśnie przed Cervino rozgrzewaliśmy się na Gran Paradiso, o czym traktowała ostatnia notka na blogu. Rozgrzewka i aklimatyzacja były, mocna ekipa była (Kacper i Jasiek), pogoda też była jak drut – najbardziej upalne lato w historii wszechświata. Co więc tym razem poszło nie tak? Załamanie pogody? Braki w doświadczeniu? Słaba forma? Problemy partnerów? Nie, nic z tych rzeczy.

W tym roku najzwyczajniej w świecie rodzina mi się pochorowała. I to aż połowa rodziny. Marta była twarda i nawet trawiona wysoką gorączką twierdziła, że spokojnie ogarnia dwójkę dzieci (z czego jedno chore). Ale ja w końcu nie jestem słynnym himalaistą, ani żadnym innym Lodowym Wojownikiem i jakoś głupio mi było je poświęcać. Bo przecież góry to „tylko” piękna i ważna pasja, a nie sens życia.

Po tych wszystkich podniosłych słowach przyznam się jeszcze po cichu, że chciałbym móc wykreślić Cervino z „Top 10 Moich Niezdobytych Szczytów”. Nie proszę o wiele – tylko tą jedną górkę, pozostałe dziewięć niech już sobie tam zostanie. Spróbujemy może w przyszłym roku!

Tags: , ,