Jest u nas nową świecką tradycją, że sylwestrowe fajerwerki… przesypiamy. W zeszłym roku po to, aby nie spóźnić się na samolot (wyloty 1.01 z rana są najtańsze) do Bostonu. W tym roku aby wykorzystać od samego rana dzień pięknej, mroźnej pogody w Tatrach.

W drodze na Gerlach (zdjęcia dzięki uprzejmości Kacpra)

Okazja była niezwykła, bo po raz pierwszy od ponad trzech lat (czyli od zawsze) urwaliśmy z Martą na wspólny wyjazd bez dzieci. Dzieci chyba nawet za bardzo nie zauważyły braku rodziców – tak im dobrze było z dziadkami. A my chcieliśmy wykorzystać czas możliwie najpełniej. Czyli od pobudki w Nowy Rok o wpół do piątej rano…

W Tatry wybraliśmy się do spółki z Kacprem aby zdobyć Gerlach, ich najwyższy szczyt zimą. W sylwestrowy wieczór zameldowaliśmy się w przytulnym domku pod Popradem, z którego okien roztaczał się taki oto widok:

Taki widok!

Widok z okna jednak ujrzeliśmy dopiero dwa dni później, gdyż kolejnego dnia słońce wstało dopiero, gdy wychodziliśmy sponad linii lasu szlakiem na Jezioro Batyżowieckie. Uwielbiam wschody słońca w górach. Najpiękniejsze są właśnie takie, które zastają Cię w drodze. To cały spektakl. Najpierw nieśmiała łuna światła daleko na horyzoncie. Potem wszystko rozgrywa się bardzo powoli. Powoli ciemność lasu przechodzi w szarość poranka, a kamienie i drzewa zaczynają nabierać właściwych sobie kolorów. W którymś momencie robisz przerwę na łyka wody i w sumie okazuje się, że latarkę można już spokojnie wyłączyć. Jednak zanim zobaczysz wielką żółtą kulę na horyzoncie minie jeszcze przynajmniej pół godziny.

Takich wschodów przeżyłem w górach wiele, ale nie za wiele. Aby każdy z nich był równie zachwycający należy ograniczać ich liczbę do niezbędnego minimum. (Dlatego, gdy następnym razem zamiast wschodu słońca wybiorę sen, to będzie to świadome poświęcenie.)

.

Za chwilę dotrzemy nad jeziorko

Widok na większość Słowacji

Z parkingu ruszyliśmy jakoś po szóstej. Po dwóch godzinach byliśmy nad jeziorkiem Batyżowieckim. Wprawdzie nie była to Nanga zimą, ale jednak trochę zmarzliśmy – rano było -15. Nad jeziorkiem zjedliśmy pyszne śniadanie z zamarzniętych kabanosów i zamarzniętej czekolady, wypatrzyliśmy Batyżowiecki żleb, który miał nas wyprowadzić na grań i ruszyliśmy dalej.

Jeziorko dobrze zamarznięte

Widok na jeziorko z wejścia do żlebu

Pierwszy uskok skalny

Żleb był „czujny”. Śnieg zmrożony na beton – twardy, aż za bardzo. Pierwszy uskok skalny miał powieszone łańcuchy, więc wspięliśmy się też bez większych kłopotów. Potem zrobiło jeszcze bardziej czujnie. Po jakiejś godzinie wspinania i przejściu jakichś 150-200m dotarliśmy do zwykłego kamienia, który był zalodzony. I tyle – śnieg wywiało, łańcuchów brak – tylko zalodzony kamień.

Jeśli śledziliście doniesienia medialne z Tatr w okolicach Nowego Roku, to wiecie, że był to wyjątkowo tragiczny tydzień. Było sucho, co usypiało czujność, i słonecznie, co zachęcało do wędrówek. A góry były zwyczajnie zlodzone. Mając to w głowie, popatrzyliśmy przez chwilę na nasz kamień, puśliśmy słowackiego pana taternika przodem (który wyraźnie chciał puścić nas przodem) i zdecydowaliśmy się wycofać. Pan taternik uskok przeszedł, ale był lepiej od nas wyposażony (i z pewnością bardziej doświadczony).

W żlebie

Takie selfie jakie warunki

.

Jeszcze nawet nie było południa, gdy wycofaliśmy się ze żlebu. Jakoś tak nie w smak było poddawać Gerlacha prawie bez walki. Dlatego postanowiliśmy sprawdzić… jak tam warunki w innym żlebie. Warunki były oczywiście podobne, choć, na szczęście, bez zamarzniętych skał. Przy czym świadomość, że godzina 15 to zimą w górach właściwie już noc, sprawiła, że o 13.30, sto pięćdziesiąt metrów od szczytu, zdecydowaliśmy się zawrócić. Dwa wycofy jednego dnia!

I dobrze, bo zjazdy zajęły nam ponad godzinę. Gdy wychodziliśmy ze żlebu szarzało. W trakcie szybkiej przerwy Marta zdjąwszy z głowy swój biały, pożyczony kask polożyła go na śniegu. Śnieg, ze względu na porę dnia, zdążył stężeć na tyle, że nie dawał już ani odrobiny tarcia. Biały kask, w szarym świetle zmierzchu, majestatycznie ześlizgnął się Bóg jeden wie dokąd…

Mina pro, choć zimno jak niewiemco

Zjazdy

A Marta ma teraz dług u Ali

Zachody słońca zimą w górach są dokładną odwrotnością wschodów. Momentalnie robi się ciemno i zimno, wszystko boli po całodniowym wysiłku, czas płynie jak smoła i człowiekowi się wydaje, że już zawsze będzie tak się wlókł przez ciemny i zimny las. Po zejściu, które trwało ze sto lat, dotarliśmy bezpiecznie do samochodu.

Do jeziorka dotarliśmy już po ciemku, a to dopiero początek szlaku na dół

Drugiego stycznia natomiast postawiliśmy na rozrywkę zgoła innego rodzaju. Każdy, kto kiedyś był na nartach na Słowacji, wie co to takiego Tatralandia w Liptowskim Mikulaszu. W Popradzie ostatnio otworzyło się coś podobnego, czyli sauny i baseny z wodą geotermalną – Aquacity. Ach, co to był za dzień! Osiem różnych saun, suchych i mokrych, od 40 do 80 stopni, plus komora lodowa (-14), trzynaście basenów z gorącą wodą, z czego trzy na dworze, z których w związku z różnicą temperatur (woda +40, powietrze -10) buchały obłoki pary. Wieczorem tworzyło to niesamowity klimat. W jednym z wewnętrznych basenów był natomiast zanurzony w wodzie bar. Dzień zatem kończyliśmy popijając aperol spritza zanurzeni w ciepłej wodzie zastanawiając się (przynajmniej ja) po co to ludzie pchają się w góry przy takich temperaturach…

Tags: , ,