Zielone Świątki to w Toskanii najświętsze ze świąt – święto wina w Castellinie! W tym roku – już po raz trzeci – nie mogło nas tam zabraknąć. Przygotujcie kieliszek, odkorkujcie butelkę czerwonego wina spod znaku czarnego koguta i wróćcie za pół godzinki dokończyć czytanie. Akurat wtedy, gdy Wasze chianti już odpowiednio sobie pooddycha* i będzie gotowe smacznie towarzyszyć Wam w lekturze.

Photos courtesy of Barbara Hren // Autorem zdjęć jest Barbara Hren

Zanim ruszymy na festiwal wybierzmy się na krótki spacer po wzgórzach w okolicach malowniczej wioski Volpaia. W tym roku, w spacerze i w festiwalu towarzyszyła nam sister Gośka.

Volpaia

Rodzinna fotka

Zasady festiwalu są bardzo proste. W średniowiecznym tunelu prowadzącym pod budynkami Castelliny wystawia swoje stoliki jakichś trzydziestu producentów wina z okolic miasteczka. Każdy z nich oferuje od dwóch do pięciu różnych smaków. Przed wejściem do tunelu za dziesięć euro kupujemy pamiątkowy kieliszek, który jest jednocześnie biletem wstępu na festiwal. Następnie z kieliszkiem spacerujemy gdzie i jak się nam podoba, a kieliszek magiczną mocą co chwila napełniany jest nowym trunkiem.

Proste? Otóż wcale nie koniecznie.

Tak wygląda tunel

Tak wygląda stolik. Pozdrowienia dla Mona Lisy i Fattoria La Ripa – numer trzy w naszym zestawie Chianti Top 10

A to jest bilet wstępu

Problem jest tylko jeden. Po kilkunastu minutach i odwiedzeniu kilku stolików świat staje się piękny, ludzie szczęśliwi, a każde wino wyśmienite. To nie jest dobry moment na robienie zapasów do domowego barku. Bo jakiś czas potem może się okazać, że „to wspaniałe wino z festiwalu” wcale już tak rewelacyjne nie jest. (Na szczęście ryzyko dużej wpadki jest niskie. Za robienie podłego wina można tutaj pójść do więzienia i splamić honor rodziny do dziewiątego pokolenia wstecz).

Dlatego trzeba mieć strategię. Dwa lata temu zabrakło strategii i od trzeciego stolika wzwyż wszystkie wina były rewelacyjne. Prosiliśmy zatem zawsze o najdroższe, bo skoro nie można rozróżnić po smaku, to chociaż po cenie. Oczywiście ceny były takie, że niczego nie kupiliśmy.

Piwnica winiarni La Castellina ma dostęp prosto z tunelu

Kolejny rok spędziłem na ustalaniu strategii na kolejny festiwal. Była ona prosta i okazała się być bezbłędna. Zatrzymywaliśmy się tylko przy stolikach u starszych panów, ze spracowanymi rękami, którzy nie mówili po angielsku. Te spracowane ręcę swiadczą bowiem o tym, że Ci winiarze faktycznie od kilkudziesięciu lat odwracają te swoje winogrona zawsze w stronę słońca. A brak znajomości angielskiego oznaczał, że nie zależy im na marketingu pod turystów – są pewni jakości swojego wina i przyjeżdżają na festiwal dla przyjemności, a nie na konkretny zarobek.

Wtedy poznaliśmy „Ala Pacino”. To malutki starszy pan bez przednich zębów, który miał najlepsze wino na festiwalu. Tak nam smakowało, że gdy festiwal się zamykał wygrzebaliśmy z kolegą Markiem ostatnie drobne i zrobiliśmy zrzutkę na jeszcze jedną butelkę chianti z szarą etykietą Buciarelli. Okazało się, że chianti się skończyło i zamiast tego właściciel zapronował Markowi wino różowe. Rozmowa ta trwała dłuższą chwilę, bo był to koniec festiwalu, Marek nie mówił po włosku, a pan Włoch nie miał przednich zębów. Propozycję różowego Marek zdecydowanie odrzucił. Pan Włoch obrzucił go wtedy groźnym spojrzeniem a winiarz z sąsiedniego stolika przestrzegł Marka: „nie mówi się nie Alowi Pacino”. I tak Marek musiał kupić różowe, a my poznaliśmy Ala Pacino, którego legenda w naszych wspomnieniach wciąż rosła, gdyż wino wypiliśmy błyskawicznie i przyszło nam rok czasu wyczekiwać na kolejny festiwal.

W tym roku na festiwalu był straszny tłum. Nas też było rekordowo dużo – chyba siedemnaście osób. Z jednej strony zatem kolejki do stolików dłużyły się. Z drugiej strony co chwila ktoś się gubił, ktoś znajdował, a ktoś inny właśnie docierał i próbował nas odnaleźć. W samym środku tego chaosu i bałaganu odnalazłem Ala Pacino i – poczuwszy się bezpieczniej z kilkoma butelkami Buciarelli w plecaku – resztę czasu postanowiłem spędzić przy jego stoliku reklamując go wszystkim znajomym i robiąc sobie wspólne zdjęcia. A Al Pacino wyraźnie się wzruszył. Tak, że aż dodatkowa butelka wylądowała w moim plecaku.

Pozdrowienia dla Ala Pacino!

PS. Warunkiem absolutnie niezbędnym do osiągnięcia pełni szczęścia na Castellina Pentecoste jest umówienie kierowcy, na którym można polegać. Polegać można natomiast tylko na kimś kto wina nie pije bo nie lubi, lub nie pije bo pić nie może. Podziękowania dla Najlepszej Żony na Świecie za dzielną, trzecią obecność na festiwalu w charakterze niezawodnego kierowcy.

PS2. Buciarelli nie znajduje się w naszym rankingu Chianti Top 10 bo nikt tak naprawdę nie wie gdzie mieszka legendarny Al Pacino. Pojawia się – jak Święty Mikołaj – tylko raz do roku. W Zielone Świątki w Castellinie in Chianti. Przywozi wtedy swoje prezenty które wymienia za dziewięć euro.

* Jeśli wino nie oddycha to należy zrobić reanimację metodą usta-usta.

Tags: , ,