Cel: pokonać autami terenowymi deszczowe i błotniste Południowe Karpaty

Trasa: Krosno – Tokai (Węgry) – Baile Herkulane (Rumunia) – góry Retezat – Transalpina (Góry Calimeni) – przełęcz Urdele – jezioro Vidra – monastyr Calimanesti – trasa Transfogarska – Bran – Rasnov – Braszów – Viscri – Sigisoara – Jaskinia Niedźwiedzia w górach Apusenii – Krosno

Termin: 16.05.2010 – 25.05.2010

Wyprawa partnerska zorganizowana w ramach Grupy Wyprawowej „Chate.pl”
Skład: Bożena i Leszek, Sławek, Arek, Sylwek, Bartek i Wojtek jako przewodnicy
Auta: Nissan Patrol i Toyota 4-Runner

Nissan Patrol i Toyota 4-Runner

Relacja pióra Arka:

Czwartego dnia wyprawy zapadłem w głęboki, krótki sen. Za poduszkę posłużył mi zagłówek oparcia przedniego fotela Toyoty. Tuż za oknem auta, krokusy wyłoniły się ze śniegu i swym fioletem przypomniały o zbliżającej się wiośnie, tu na wysokości 2100. Nieco obok, w tym samym czasie, Patrol stał po pachy zakopany w lepkim błocie. Jedna była łopata, a chętnych nie brakowało. W rozrzedzonym, mglistym i mroźnym powietrzu ginął horyzont. Chyba ze dwa razy ziewnąłem. Oczywiście myślami wspierałem Bartka i Wojtka, jak również czekających w kolejce Sylwka, Sławka i Leszka, którzy raźnie machali łopatą na zmianę, próbując odkopać koła samochodu,
Ze snu wyrywa mnie potężny ryk ginący w zamarzającej mgle. Leniwie unoszę powieki, a tu ¨Spychul¨ posuwa się w stronę Patrola i wszyscy, cała ekipa ma uśmiechnięte twarze, ja też się cieszę. Zostaliśmy uratowani! Z Przełęcząb (b)Urdele żegnamy się po kilku kolejnych zakrętach podjazdu. I tą samą ścieżką wracamy do punktu wyjścia.

Wjazd Transapliną na przełęcz Urdele

Kolejny OS

Bez pomocy spychula czekalibyśmy tam do lata

W ulewnym deszczu, swawolnym krokiem, aleją kwitnącej jarzębiny ruszyłem na wyprawę „Łukiem Karpat”. Z Ronda Narodowych Sił Zbrojnych, Sylwka i mnie odebrał Bartek i powiózł na spotkanie ze wszystkimi uczestnikami do Krosna. Już na mysl o kolejnej wyprawie, mimo paskudnej pogody czułem radość. Przecież nie tak dawno zostawiłem w aucie gdzies na Saharze osiemnaście dni swego życiorysu. Tym razem, Toyota miała mnie i wszystkich uczestników ponieść do krainy bukowych lasów, porastających niziny Karpat rumuńskich.

Po drodze zahaczamy o Jasło, gdzie Anita na pożegnanie mówi: „w tych rejonach przestaje padać, kiedy rzeki wyleją”, przy tym jej oczy stają się ogromne, jakby z przerażenia tym co powiedziała. Krosno mokro wita całą ekipę. Nitka prowadzi nas przez Słowację i Węgry. Na pocieszenie albo w nagrodę odwiedzamy po drodze Tokai. I piwnicy capiącej zgniłą pleśnią, ze ścianami pokrytymi grubą warstwą pajęczyn przeprowadzamy obfitą degustację smakowitych win. Nieco zawiani, ale z humorem pokonujemy kolejne kilometry mokrych dróg. Nocleg w hotelu po stronie rumuńskiej rekompensuje nam trudy ulewnej podróży.

Kolejny dzień, niezmienny w kropieniu wodą odsłania w podłym stanie dawne uzdrowisko Baile Herkulane. By już popołudniową porą zaprowadzić ekipę 4X4 na skarpę, gdzie Bóg z litości rozstawia wielki parasol aby nie kapało na łeb podczas rozpalania ogniska, jak również rozbijania namiotów. Jakieś opowieści „z pod ciemnej gwiazdy”, przy ognisku przerywają smakowanie białego trunku. Upojony z trudem zasypiam w cholernie zimnym śpiworze, za to pachnącym ogniskiem, aż błogo. Tylko nic, a nic mi się nie śni, tej biwakowej nocy.
Na pobudkę spadająca kropla z tropiku uderza o mój nos i wcale mi nie do śmiechu. Parasol na zewnątrz nadal działa. To dobry znak. Wilgoć pogłębia zapach runa leśnego wypełniając powietrze przecudną wonią. Idę ścieżką kierowany przez intuicję i już za zakrętem wyłania mi się przed oczami przepiękny widok. Ze skarpy tryska stróżka wody tworząc niewielki wodospad, dalej zamieniający się w niemrawy strumień, chwytam w garść kilka kropli i kieruję je do ust, i odnoszę wrażenie, że ugasiłem pragnienie na całą wyprawę, może nawet na dłużej. Warto było zajrzeć, przyjechać w to niezwykle malownicze miejsce. Tyle tu szczęścia i radości. Wracam na biwak, przebudzona ekipa zabiera się do szykowania śniadania.

Ruszamy, silniki dają znać o sobie równym klekotem zaworów, reduktor często spełnia swą rolę. Ślimaczym tempem posuwamy przez bukowe lasy, coraz bliżej do krainy zarezerwowanej dla Trolli i Elfów. Z każdym metrem krajobraz staje się dzikszy, góry wyższe, bardziej strome, odludne i tajemnicze. Gdzieniegdzie wyrastają głazy. Walka z drzewem uczy pokory i respektu dla otaczającej natury. Pomysły na usunięcie przeszkody z drogi mnożą się, każdy dorywa się do siekiery i wali w pniaka, a ten nic sobie z tego nie robiąc obsuwa się, nadal tarasując przejazd. Ale z pomocą Trolla w niewidocznej postaci wygrywamy!

W górach Retezat

Pierwszy OS

Wszędzie, jak okiem sięgnąć góry porośnięte wysokimi drzewami, wśród nich ścieżki szerokie akurat na tyle, by zmieściło się na nich auto. Te ścieżki wiodą i w górę, i w dół, kręcą, stawiają przeszkody, gdyby koła choć raz omsknęłyby się, nie znaleźlibyśmy już bezpiecznego powrotu. Pustkowia obfitują we wszystko, co pragnie usłyszeć ucho, we wszystko, co ucieszy oko, w to co poczuje nos, aż nie chce się stąd odjeżdżać. Wiem o tym dobrze, bo tu dotarłem! I trwam w szczęściu i radości z lekkim i wolnym umysłem. Gdzieś dalej już cywilizacja daje znaki o sobie i mkniemy kręcącą, asfaltową drogą, ubogaconą widokiem tęczy.

W wiosce sensacja, dzieci biegną za samochodami, przerażona rodzinka na słowo „palinka” przecząco kiwa głowami. A może spodziewała się kontroli urzednikow z Unii Europejskiej? Wszystek strach znika po słowach: nous sommes Polonais. W prezencie dostajemy litrową butelkę Palinki.

Po zwiedzeniu Monastyru zapuszczamy się w łąkę, zieloną i zdradziecką. Patrol grzęźnie w błocie, wielokrotne próby wyciągnięcia nie przynoszą rezultatu. Bujamy nim ratując auto przed wybiciem szyby o pobliskie drzewo. Nagle „spieeeerdaaamyyy”!!! – słyszę głos i skokiem kozim chowam się za drzewo. Głośny śmiech, ale Patrol stoi na czterech kołach!

Kolejne OSy

Gwóźdź programu – odpadnięcie koła

Smak Palinki paląco przechodzi przez gardło. „Namiot stoi i chuj”. Płomienie ogniska rozświetlają chatki nieżyjącej okolicy. Kończy się wszystko co dobre, wyprawa dobiega końca, także tusz w długopisie. Wszystko to wyszło, wypłynęło z meandrów pamięci mojego mózgu, tu przy blacie zielonego biurka, gdyż podczas wyprawy nie pisałem dziennika. Metodą balzakowską zabrałem się do napisania owego sprawozdania, po wyprawie „Łukiem Karpat”, dziewiczej dla wszystkich jej uczestników. Za oknem świta. Kończy się noc. Pozdrawiam Was ekipo. Trzymajcie się. Dobranoc.

Na trasie Transfogarskiej

Na trasie Transfogarskiej

Posłowie
Cała wyprawa „Łukiem Karpat” odbyła się skąpana w deszczu. Natura pokazała przestrzenie pofałdowane, drogi kręcące, z przepaściami, bukowe lasy, granitowe kamienie i przeszkody w postaci powalonych drzew, strumienie i rwące potoki, wodospady, cisza i szum przerywający ją z rzadka, odsłonięte niebo i promienie słońca ogrzewające, osuszające buty po porannej kąpieli w zdechłym rumuńskim hoteliku. Smak jajecznicy z pomidorami i przejawiające się lenistwo, kiedy Patrol zakopał się w błocie, a łopata jedna, zaś chętnych wielu, sen w jaki zapadłem, kiedy inni go wykopywali, a ja pięknie śniłem o dalszej jeździe na Przełęcz Burdele. I spychacz wybawiający z opresji. Smak tytoniu wirginia tuż przed przełęczą, pozwalający pogodzić się z niemożliwością pokonania owej przełęczy. Ślady błota na policzku Wojtka, kiedy wyciągaliśmy Patrola z opresji. Zapach ogniska w śpiworze, przed próbą zaśnięcia w wilgotnym namiocie. I smak palinki podarowanej od serca przez początkowo nieufną rodzinę rumuńską w jednej z wiosek. I znów niebo usiane gwiazdami, jak nad Wschodnim Ergiem Wielkim. Łagodny smak Ursusa, kiedy siedzieliśmy w kawiarni plenerowej z malarskim klimatem okolicznych domów, ogrodów, kamiennych płyt pobliskiego cmentarza, obrazów średniowiecznych kościoła luterańskiego, a później czując kamienisty bruk uliczek pod stopami. „Kwadratowe”, utrwalające się imię, pięknej rumuńskiej dziewczyny Gabica. Smak kawy pod parasolem w Braszowie i ulewny deszcz powodujący uliczne potoki, porywający plastikowe butelki. I uśmiech pewnej samotnie zwiedzającej Rumunię dziewczyny. Kluczowy punkt programu wyprawy, mrożący krew w żyłach Sławka, kiedy urwało się koło Patrola. I Radość Sylwka, że coś się dzieje. Niewyjaśnioną tajemnicę nocy spędzonej w przydworcowym hotelu, kiedy Bartek obudził się w zupełnie mokrym śpiworze, śniąc, że płynie łodzią po Pacyfiku. I koniec wyprawy w słonecznym Krośnie. Smutek, że to już koniec na zajezdni za skrzyżowaniem Maratońskiej z Kielecką. Na pożegnanie słowa Wojtka: „pojedziemy jeszcze na nie jedną wyprawę”. Mocny uścisk dłoni.

Obejrzyj galerię z wyprawy:

Tags: , , , ,