W górskich wędrówkach z maluchami chyba najważniejsze jest to, żeby nie przedobrzyć i dzieciaków nie zniechęcić. Dlatego co drugi dzień odpoczywamy od gór i wtedy jeździmy na przykład na rowery. I chociaż Gorce nie obfitują w tak fantastyczne możliwości jak Beskid Niski albo Pieniny, to i tutaj wykroiliśmy dwie fajne przejażdżki.

Dobry kask podstawą udanej wycieczki


.

Młode gniewne.


Na pierwszą przejażdzkę wybraliśmy się z Koszi, Jacem i ich małą Basią. Po solidnym podjeździe, pomiędzy łąką a lasem, gdzieś na końcu jakiejś drogi przystanęliśmy na odpoczynek. I wtedy zdarzyła się nieprawdopodobna rzecz. Z daleka usłyszeliśmy dźwięki, których nie da się pomylić z niczym innym. Nadjeżdżały… lody Family Frost! Tak tak, nie ma nic lepszego niż popas z dostawą lodów.

Spójrzcie na te miny

A to Basia i Koszi. Basia wygrywa w konkursie na najbardziej podobną córkę swojego taty.

Staramy się jeździć na luzie: trasy raczej krótkie, po asfalcie. Ale i tak zawsze się trafi jakiś morderczy podjazd, w dodatku kiedy z nieba leje się upał. Dzieciaki wtedy ucianją sobie drzemkę, tak aby wieczorem tryskać energią – akurat gdy rodzice ledwo powłóczą nogami. Wędrówki górskie mają zdecydowanie lepszy bilans międzypokoleniowych wydatków energetycznych niż rowery.

Na drugą wycieczkę pojechaliśmy w kierunku Beskidu Wyspowego. Tak się jednak złożyło, że aparat fotograficzny z nami się nie wybrał, więc pokazać możemy jedynie trasę:

Kasina Wielka w Beskidzie Wyspowym może być słynna z dwóch powodów. Stąd pochodzi Justyna Kowalczyk i tutaj znajduje się najwyżej położona stacja kolejowa w Polsce. Justyny nie spotkaliśmy, ale za to wybraliśmy się na przejażdżkę pociągiem. A pociąg to nie byle jaki, tylko zabytkowy – na węgiel i parę.

Ciuu-ciuu!

.

.

.

.



.

Ciuchcia z Kasiny jedzie do Chabówki, gdzie można zwiedzić kolejowy skansen. Powrót z Chabówki to konkretny podjazd pod górkę. A że tego dnia akurat padało, to przejazd był niezwykle emocjonujący – ciuchcia gwizdała ile pary w kotle, koła ślizgały się po torach, a z komina wysokim słupem walił dym czarny jak smoła.

Skansen w Chabówce.

Ciuchcia do drążenia tunelów w śnieżnych zaspach.

Ciuchcia MacGayvera

Para buch, koła w ruch!

:)

Na wycieczke ciuchcią i podczas spaceru na Luboń było w sumie nie za ciepło. W pozostałe dni był upał. Jeden z tych upalnych dni spędziliśmy nad jeziorem. Na Podhalu jest zasadniczo kiepsko z jeziorami. Jedyna sensowna plaża znaduje się w Nidzicy, ale jest tam taki tłum, że ciężko wcisnąć igłę. Wyjechaliśmy zatem z Podhala na Orawę, i to na jej drugą, słowacką stronę. Zbiornik Orawski może i nie ma zachwycających plaż, ale jest tam pusto i można smacznie zjeść knedliczki, wyprażany syr, haluszki i palaczinki.

Zaraz po kąpieli i palaczinkach wybraliśmy się na przejażdżkę stateczkiem. Z widokiem na Tatry.

.

.

.

Jezioro, a właściwie zalew, powstało w latach 50. jako zbiornik retencyjny. Aby go stworzyć zalano kilka wiosek. W najwyższym punkcie jednej z wiosek stał kościół, który ostał się do dzisiaj jako wyspa na środku jeziora. Slanicky ostrov to niezwykle klimatyczne miejsce:

Kościół pw. Podwyższenia Świętego Krzyża powstał jako barokowa kaplica, przebudowana potem na klasycystyczny kościół. Ten „barok” nie ma jednak nic wspólnego z bogactwem i przepychem. Jest bardzo ludowy i skromny.

W kościole znajduje się galeria orawskiej sztuki ludowej.

.

W okolicznym lasku kapliczki i ołtarze również wypełnione są ludową sztuką sakralną.

.

To już ostatni nasz wpis o letnich wakacjach w polskich górach. Ale nie odchodźcie za daleko, bo na blogu jeszcze nie koniec wakacji.

Pozdrowienia!

Tags: , , ,