Czasami zdarza się tak, że szkic nowego wpisu zagubi się gdzieś w odmętach panelu sterowania, a prowadzący zupełnie zapomną znaleźć zgubę na czas. Tak właśnie stało się z wpisem o Oksfordzie, który odwiedziliśmy… dokładnie rok temu. Przepraszamy za opóźnienie i wynikłe niedogodności i spieszymy podzielić się wrażeniami i zdjęciami o rok młodszych córek:

Widoki z wieży św. Marii: All Souls College

W marcu wiosna nieśmiało zawitała na Wyspy, a widząc zapowiedź bezdeszczowej niedzieli postanowiliśmy wybrać się do Oksfordu, w odwiedziny do Kasi i Krzyśka, na od dawna już odkładaną wycieczkę. Oksford przywitał nas dosyć szorstko, bo zaraz po wjeździe do centrum złapaliśmy kapcia (!), na szczęście później było już tylko przyjemniej.

Kwitnący, wiosenny Oksford

Przede wszystkim przywitała nas kwitnąca angielska wiosna! Ale głodny turysta, to zły turysta, więc zanurzenie w klimat oksordzki zaczęliśmy od …pizzy. Najedzeni mogliśmy ruszać do centrum, na spotkanie z najstarszym brytyjskim uniwesytetem. Przespacerowaliśmy się podziwiając z zewnątrz budynki Sheldonian Theatre, Radcliffe Camera i biblioteki Bodlejańskiej. Później wdrapaliśmy się na wieżę w kościoła św. Marii, skąd roztaczała się piękna panorama, którą wyczerpująco opisał nam Krzysiek. Niestety, żadne historyjki czy widoki nie były w stanie odciągnąć uwagi Janki od pary zakochanych schowanych w zakamarku tarasu widokowego. Na szczęście (dla zakochanych) po chwili pod wieżą zameldowała się ciocia Kasia i ruszyliśmy dalej.


Obowiązkowe ujęcie: Radcliffe Camera


Biblioteka Bodlejańska

Na rozgrzanie i rozbudzenie nasi gospodarze zabrali nas na kawę do Oriel College, gdzie pracuje Krzysiek. Tu mieliśmy szansę na podejrzenie prawdziwego Oksfordu od kuchni. To niezywkły klimat. Budynki są średniowieczne, a wysposażenie wiktoriańskie. Wszystko jest eleganckie, staroświeckie i bardzo… oksfordzkie. W każdym pomieszczeniu – czy to hol, sala wykładowa, czy pokoik do naukowych dysput przy herbacie – ze ścian przyglądają się nam malowane portety dawnych dziekanów i słynnych absolwentów.

W Oriel College

Janka podgląda Oksford od kuchni…

Magdalen College, który jest położony nieco na uboczu, ma swój własny park i hodowlę „lejeniów”. Ku rozpaczy Janki nie udało nam się niestety zdażyć przed zamknięciem, ale gonitwa za gołębiami i zabawa w berka w zakamarkach najsłynniejszego koledżu – Christ Church – zrekompensowały tę wielką stratę.

O tak właśnie.

Kolorowe kamienice przy High Street i Oriel College, w tyle wieże Merton College i Christ Church College

Wizyta w Oksfordzie robi wrażenie i skłania do przemyśleń. Miasteczko jest piękne. Praktycznie w całości złożone ze średniowiecznych koledżów i urzędujących w nich studentów i naukowców. To absulutna perełka i nie można twierdzić, że było się w Wielkiej Brytanii bez odwiedzenia Oksfordu. (No dobrze, chyba można zamienić na Cambridge – nie wiemy bo jeszcze nie byliśmy.) Do tego Oksford jest zupełnie niedzisiejszy. Fakt, że zatrzymał się w czasie nie sto, lecz pięćset lat temu, sprawia że człowiek nie do końca jest pewny, czy to prawdziwy uniwersytet czy jednak świat magiczny Harrego Pottera (tutaj znajdują się kluczowe lokacje filmowe).

Ale nie chodzi tylko o architekturę. Również pod względem akademickim Oksford jest bardzo „niedzisiejszy”. Weźmy na przykład system koledżów. Każdy uniwersytet jest podzielony pod względem tematycznym – na wydziały. Uniwersytet Oksfordzki podzielony jest na koledże, które pełnią rolę akademików i stołówek dla studentów. Życie naukowe i struktura organizacyjna zbudowana jest właśnie wokół koledżów, przy czym imperatywem jest, aby każdy koledż był najbardziej zróżnicowany naukowo. Równolegle istnieją też wydziały. Profesorów ekonomii zatrudnia zatem wydział ekonomii, ale ćwiczeniowców – każdy z kilunastu koledżów. Na post-doka natomiast można się dostać zarówno na wydział jak i do różnych koledżów… Wszystkie ćwiczenia obydwają się w małych, kilkusosbowych grupkach, tak, że ćwiczeniowcy są właściwie prywatnymi korepetytorami. Najważniejszym elementem układanki jest to, że koledż koledżowi nierówny. Koledżów jest kilkanaście i ostro ze sobą rywalizują. Jednak nie osiągnięciami naukowymi – wydziały istnieją przecież niezależnie – tylko tradycją, jakością życia i dostępnością korepetytorów. I tak, jeśli kiedyś spotkamy absolwenta Oksfordu to w pierwszej kolejności pytamy nie o ukończony wydział, tylko o koledż. I wtedy – jeśli orientujemy się w nieoficjalnym rankingu prestiżu – rozdziawiamy buzię z zachwytu albo nonszalancko prychamy.

Na sam koniec podzielę się z Wami jednym ważnym przemyśleniem. Po wizycie w Oksrodzie zadałem sobie pytanie: czy chciałbym wysłać córki na Oksford? Z jednej strony mierzi mnie snobizm tego miejsca. W studenckim referendum na temat zniesienia obowiązku przywdziewania tog na letnie egzaminy studenci opowiedzieli się przeciw. To nie jest normalne. Naukowo Oksford jest fantastyczny, ale już nie tak jak w średniowieczu – że był Oksford, Bolonia, Sorbona i długo, długo nic. Mamy dwudziesty pierwszy wiek i w samej Europie jest z dziesięć „normalnych” miejsc na tym samym poziomie (a w USA drugie tyle). Z drugiej strony jednak – ile osób słyszało kiedykolwiek o European University Institute? (To ten, który ukończył autor bloga, więc Wy akurat możecie znać.) A ile osób na świecie słyszało o Oksfordzie? Pewnie coś około… prawie wszyscy. No właśnie, już od roku tak sobie rozmyślam nad tym pytaniem. Na szczęście mam jeszcze dziesięć lat na znalezienie odpowiedzi.

Pozdrawiamy wujka Krzyśka i ciocię Kasię (której niefortunnie nie ma na żadnym zdjęciu – prosimy o wybaczenie, głupio nam)

Tags: