Na południowym wschodzie półwyspu, na obcasie włoskiego buta leży Apulia, która słusznie nazywana jest przez Włochów „krainą słońca w zenicie” (terra di mezzogiorno). Polecieliśmy tam, aby przy okazji świętowania drugiej rocznicy paczosowego ślubu odkrywać skarby natury i historii i na własnej skórze doświadczyć jak bardzo Mezzogiorno różni się od reszty Włoch.

Pierwszą różnicę zauważa się już podczas lądowania w Brindisi. W przeciwieństwie do naszej okolicy jest tutaj nieprawdopodobnie płasko. Druga ciekawostka ujawnia się zaraz po wyjechaniu z miasta – oliwki. Jeśli myślicie, że po odwiedzeniu Toskanii wiecie jak wygląda gaj oliwny, to jesteście w grubym błędzie. My też byliśmy. Otóż w Toskanii są co najwyżej ogródki oliwne składające się z krzaczków. Te na południu to imponujące, ogromne, stare drzewa z poskręcanymi pniami, których często nie da się nawet objąć. A gaje oliwne składają się nie z setek, a setek tysięcy takich drzew i ciągną się wzdłuż dróg długimi kilometrami.

O tak właśnie

Trzecią różnicę jaką zauważymy to domy. Podczas gdy w Toskanii stawia się wille wielkie, piękne i bogate (a nawet jeśli nie wielkie i bogate to co najmniej ze smakiem), tutaj domy to proste zwykłe sześciany. Przy czym ciężko je zauważyć. Mieszczą się one bowiem zawsze w samym środku gigantycznych posiadłości ziemskich. Zamiast zasady duża willa + duża działka tutaj panuje zasada zwykły dom + gigantyczna działka. Coś jak hacjendy na południu Hiszpanii. W takiej właśnie hacjendzie pod Brindisi mieszka Giovanna (czyli Janina) z rodziną, która przygarnęła nas pierwszej nocy. Podobieństw z Hiszpanią jest w Mezzogiorno więcej. Zarówno w architekturze jak i życiu codziennym (a nawet w języku). Na przykład gdy zmęczeni po całym dniu położyliśmy Jankę spać o dziewiątej, nasza gospodyni dopiero powoli zabierała się za gotowanie obiadu. Po obiedzie, koło jedenastej wpadali znajomi, a do spania cała ekipa (wraz z dzieciakami) zbierała się dopiero grubo po drugiej. Ot, zwykły rodzinny wieczór.

Hacjenda Giovanny

U Giovanny

Winiarnia w hacjendzie


Pozdrowienia dla naszych gospodarzy

Wycieczkę zaczęliśmy w Brindisi, gdzie zaczynała się (kończyła?) słynna Via Appia. Stąd Rzymianie ruszali na podbój wschodniej części antycznego świata.

Rzymska kolumna oznaczająca początek Via Appia

Barokowa katedra w Brindisi

Z Brindisi udaliśmy się do niesamowitego Otranto prawie na samym południowo-wschodnim koniuszku włoskiego obcasa. Otranto to mocno ufortyfikowany i malowniczy port, ze starym zamkiem z czasów aragońskich i jeszcze starszą katedrą z czasów… normańskich. Zaraz, zaraz – pomyślicie – co na południu Włoch robili Wikingowie?

Historia tego rejonu jest doprawdy burzliwa i niezwykła: Grecy, Rzymianie, Ostrogoci (Germanie), Bizantyjczycy i znów Rzymianie, chwilowo Longobardowie i Arabowie, Normanowie (Wikingowie), chwilowo Niemcy, Francuzi, potem przez prawie cztery wieki Hiszpanie (najpierw hiszpańscy Habsburgowie potem Burbonowie). Dopiero sto pięćdziesiąt lat temu, za sprawą zjednoczenia, mieszkańcy południa i północy półwyspu znaleźli się – pierwszy raz od upadka cesartwa rzymskiego – w jednym organizmie państwowym.

Wracając do katedry w Otranto to jest ona niezwykła z trzech powodów. Cała jej podłoga pokryta jest liczącymi ponad osiemset lat mozaikami. Zachowane w świetnym stanie są one obecnie… po prostu zwykłą podłogą. Wszyscy po niej depczą, bo przecież do tego służy podłoga. A że przy okazji jest tak pięknym skarbem – tym przyjemniej się po niej chodzi. Od czasu do czasu zaplącze się turysta z aparatem wycelowanym w… stopy. Co przedstawiają mozaiki? To jest dopiero ciekawostka! Otóż jest to historyczny, dwunastowieczny miszmasz bez ładu i składu. Sami zobaczcie:

Dwanaście miesięcy – tutaj kwiecień

Lew (!?) pożera węża

Tutaj Kain zabija Abla kijem bejzbolowym

A po sąsiedzku ze swojego konia pozdrawia Król Artur…

W Otrato gościliśmy w niedzielę palmową. Musicie wiedzieć, że według włoskiej tradycji tego dnia do kościołów przynosi się gałązki oliwne. O tym czym się różnią oliwki toskańskie od apulijskich już się rozwodziłem. Widać to także przy okazji niedzieli palmowej. Do kościoła przynosi się coś, co należałoby raczej określić jako wielkie miotły oliwne. Unosząc te miotły do góry wita się biskupa wchodzącego do katedry. I tutaj kolejna ciekowostka. Mieszkając we Włoszech odwykliśmy już od widoku pełnego kościoła podczas niedzielnej mszy. Podobnie jak większość Europy Zachodniej północ Włoch jest już zdecydowanie laicka. Południe natomiast to zupełnie inna historia. W tym malutkim miasteczku (siedem tysięcy mieszkańców) katedra podczas mszy była pełna ludzi (również młodych). A za sprawą starszych siwych panów w czarnych garniturach o czujnym spojrzeniu czuliśmy się trochę jak w słynnym filmie Coppoli.

Niedziela palmowa w Otranto

A tak wyglądają włoskie „palemki”

Wnętrze normańskiej katedry w stylu romańsko-bizantyjskim

Z barokowym sufitem

A to aragoński zamek

Trzecia niezwykłość katedry (po mozaikach i tłumie wiernych) jest związana z bitwą pod Otranto, która miała miejsce w 1481 roku. Jak pewnie pamiętacie Turcy zajęli Konstantynopol w 1453 roku, co uznaje się czasami za datę graniczną pomiędzy średniowieczem a Odrodzeniem. Okazuje się, że Turcy wcale nie mieli zamiaru na tym poprzestać, a ich kolejnym celem był… Rzym. W 1481 zdobyli dzielnie broniące się Otranto. Jego obrońcom urządzili masakryczną rzeź, której szczegóły pominę. Obrońcy znani jako „męczennicy z Otranto” przez wieki otaczani byli na południu spontanicznym i żarliwym kultem (mają na przykład swoje ulice w każdym miasteczku). Ich czaszki zebrane są i wystawione publicznie w bocznej kaplicy katedry. Rok temu papież Franiczek ogłosił ich świętymi kościoła katolickiego.

A co stało się z Turkami? Ich marsz na Rzym (który biorąc pod uwagę katastrofę pod Otranto miał duże szanse powodzenia) zatrzymała nagła śmierć sułtana Mehmeda II Zdobywcy (tego samego, który zdobył Konstantynopol) i walki wewnętrzne o sukcesję. Na jego grobowcu w Istambule do dzisiaj widnieje napis: „Zamierzałem podbić Rodos i podporządkować sobie Italię”. Doprawdy zawiłe są losy historii naszego kontynentu – czasami trudno oprzeć się rozważaniom o tym, jak istotna w tym wszystkimi jest rola przypadku.

Wybrzeże w okolicy Otranto

Zatoczka nad Adriatykiem

Pusto i przestrzennie

W głębi włoskiego obcasa znajduje się miejscowość Galatina, do której zawitaliśmy po Otranto. Galtina należy do nieformalnego rejonu zwanego Magna Graecia. To związek włoskich miast z południa, w których mieszkają… Grecy. A dokładnie rzecz biorąc Italogrecy. To (najprawdopodobniej) potomkowie Greków, którzy rządzili tym rejonem w czasach bizantyjskich, czyli prawie tysiąc lat temu. Próby odnalezienia tych tajemniczych Italogreków muszą jednak spalić na panewce. Zarówno Magna Graecia jak i lokalny język griko istnieją już bowiem tylko na papierze, a miejscowi już od co najmniej dwóch-trzech pokoleń są całkowicie zasymilowani.

Mimo że w Galatinie nie znaleźliśmy Greków, to wizyta w miasteczku była bardzo udana. To kolejna odsłona skarbów jakie możemy znaleźć na Południu. Ciche, malutkie i bardzo zaniedbane miasteczko mieści w swoim centrum romański kościół pokryty od wewnątrz pięknymi freskami. Skala zupełnie nie ta, ale w stylu bardzo przypomina kościół dolny bazyliki w Asyżu.

Galatina na pierwszy rzut oka nie wygląda zachęcająco

Warto jednak poszukać ukrytych skarbów

Portal kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej

A to jego wnętrze

Wiosna na południu

Wzdłuż adriatyckiego wybrzeża Salento (Salento to południowa połówka Apulii) jest kilka miasteczek, które jeszcze w kwietniu sprawiają wrażenie całkowicie wymarłych, lecz ożwywiają się wraz z przybyciem letnich wczasowiczów. W tych nadmorskich kurortach w XIX wieku zapanowała dziwna moda w budownictwie willowym. Otóż miejscowi – kierowani być może sentymentem za czasami arabskimi, które trwały tutaj bardzo krótko i inaczej niż w Hiszpanii nie odcisnęły się zupełnie na krajobrazie – zaczęli stawiać wille w stylu neomauretańskim. Wygląda to obecnie jakby było z jakiejś innej bajki, tym bardziej, że łazienkowe kolory elewacji od dawna domagają się odmalowania. (Dygresja: w tym samym stylu zbudowana jest synagoga we Florencji co powoduje niemały szok poznawczy).

Czy myśmy gdzieś nie zabłądzili?

Neomauretańskie wille w Salento

Neomauretańskie wille w Salento

Dzisiejszy wpis kończymy wizytą w Lecce. Lecce to stolica Salento, południowej części Apulii. Co zrozumiałe, nie lubi się z Bari, położoną trochę bardziej na północy stolicą całego regionu. Co ciekawe, różnice pomiędzy Lecce a Bari nie ograniczają sie na przykład do futbolu. Obydwa rejony mają swoje dialekty i są to dialekty tak różne (w Bari napolitański, w Lecce sycylijski) że wzajemnie praktycznie niezrozumiałe. Giovanna próbowała nas zapoznać z przedziwną gramtyką rejonu Lecce, ale szybko się poddaliśmy. O Lecce natomiast należy powiedzieć, że jest to miasto wprost kipiące energią i pełne młodych ludzi. Architektonicznie zaś – tutaj kolejna ciekawostka – jednolicie utrzymane w stylu barokowym. Siedemnasty wiek to bowiem złoty okres Królestwa Neapolu. Neapol był wtedy drugim największym miastem świata (po Paryżu), a Lecce korzystając z koniunktury przeszło kompleksową przebudowę. I chociaż kipiący od zdobień barok to nie jest mój ulubiony okres w historii sztuki, to wizyta w Lecce była z pewnością miłą odmianą od jednolicie renesansowej Florencji.

Barokowe wnętrze katedry w Lecce

Grube aniołki

+ cycate panie = barok

Januśka pozdrawia z Mezzogiorno!

Z Lecce pojechaliśmy przez Taranto (z którego pochodzą tarantula i Tarantino) do Bazylikaty, gdzie mieści się Matera – kamienne miasto tak niesamowite, że należy mu się oddzielny wpis, aby następni wrócić do Apulii i odkrywać skarby jej północnej części. O tym wszystkim już za chwilę na blogu u Paczosów. Nie odchodźcie daleko!

Album z Salento:

Tags: ,