Pod koniec sierpnia byłem przez tydzień na dużej konferencji w Lizbonie. A wystarczy jeden rzut oka na mapę i okazuje się, że w połowie drogi pomiędzy Lublinem a Lizboną mieszczą się… Dolomity!

Sierpniowy wspin w Dolomitach.

W drodze powrotnej wysiadłem więc z samolotu w połowie drogi i odwiedziłem Omara, kolegę wspinacza z doktoratu, który pochodzi z pięknej miejscowości o jeszcze piękniejszej nazwie – Bassano del Grappa. Bassano leży dokładnie u stóp Alp – z jednej strony zaczyna się płaska jak stół Nizina Padańska, a z drugiej wyrastają już pionowo góry. Pierwsza z nich nazywa się właśnie Monta Grappa. Na jej stokach rosną winorośle, z których owoców ludzie pierwotni setki tysięcy lat temu wydestylowali pierwszą na świecie grappę.

Dla nas – poza grappą – istotne było to, że od Bassano jest tylko godzina jazdy w Dolomity. Na pierwszą drogę zabrał nas Pietro – lokalny wspinacz i kumpel Omara. Pojechaliśmy do Pale di San Martino, zaparkowaliśmy w Fiera del Primero i po godzinie czy dwóch zameldowaliśmy się Rifugio Treviso. Przerwa na kawę, jeszcze pół godziny podchodzenia i wiązaliśmy się na naszą pierwszą drogę.


W ścianie.

W ścianie.

W ścianie.

Na szczycie!

W zjazdach.



A taki mieliśmy widok ze szczytu

Szczyt, który zdobyliśmy nazywa się „Punta di Rifugio” czyli „Szczyt nad schroniskiem”. Zazwyczaj to schrosnika dostają nazwy od pobliskich wybitnych przewyższeń (ot, choćby Rifugio di Monte Rosa, czy nawet rodzime Schronisko na Turbaczu) – co najlepiej świadczy o tym jak bardzo nieistotna w geografii Dolomitów była nasza góra… Droga miała być prosta, chyba osiem wyciągów. I w sumie była, ale zarówno Omar jak i ja jesteśmy raczej nowicjuszami we wspinie tradycyjnym i wszystko robiliśmy bardzo powoli… To znaczy, chciałem powiedzieć, bardzo dokładnie. Spowodowało to lekki stres u dziewczyny Pietro, która w schornisku czekała na nas jakieś dodatkowe trzy godziny.

Z Pietro wiążę się pewna zabawna historia. Jeszcze przed przyjazdem Omar mnie uprzedził, że ten wyjazd będzie dla mnie ciekawy nie tylko wspinaczkowo, ale również etnograficznie. Gdyż jego kumple-wspinacze z Bassano nie tylko nie potrafią mówić po angielsku, ale mają również kłopoty z włoskim – na codzień posługują się dialektem górsko-weneckim. Było wręcz odwrotnie – na stanach ucinaliśmy sobie z Pietro przyjemne pogawędki o niczym i doskonale go rozumiałem. Omar wyjaśniał: „Widzisz, to dlatego, że Pietro do Ciebie mówił po włosku, czyli w języku obcym. Ty też jak mówisz po włosku to mówisz powoli i prostymi słowami!”

Drugiego dnia, zmęczeni wspianiem i upałem zrobiliśmy sobie dzień przerwy i powspinaliśmy się na skałkach w dolinie obok Bassano. Na kolejny wspin w Dolomitach udaliśmy się po poradę do Pietro. Pietro polecił przepiękną górę Punta di Disperazione, która mieści się… zaraz obok Punta di Rifugio. Pojechaliśmy więc do Pale di San Martino, zaparkowaliśmy w Fiera del Primero i po godzinie czy dwóch zameldowaliśmy się w Rifugio Treviso. Przerwa na kawę, jeszcze pół godziny podchodzenia i wiązaliśmy się na naszą drugą drogę. A właściwie na naszą pierwszą drogę tradową w Dolomitach, bo byliśmy we dwóch.

Na pierwszym planie po środku Punta di Rifugio – szczyt w kosodrzewinie, na lewo od żandarma. Droga wiedzie od niewidocznej strony.



W ścianie zdjęć nie robiliśmy, a to już na szczycie.

Na szczycie.

Widok na Punta di Rifugio z góry.


Widok ze szczytu – znajdź trzy różnice z poprzednim.

Znów, jak poprzednio, byliśmy bardzo dokładni, więc skończyliśmy drogę mieszcząc się w 150% normy czasowej podawanej przez przewodnik. Najlepsze we wspinaniu tradowym w Dolomitach jest urzeźbienie skały. Jest tam niezliczona ilość uch skalnych tak, że wystarczy zabrać odpowiednio dużo pętelek i nie trzeba się obwieszać kośćmi.

Natomiast historia nazwy Punta di Disperazione jest – choć trudno w to uwierzyć – jeszcze mniej spektakularna niż Punta di Rifugio. Nadali ją pierwsi zdobywcy w latach siedemdziesiątych. Otóż wybrali się na ostre wspinanie w Dolomity, ale przez cały pobyt lało. W pewnym momencie osiągneli taki punkt desperacji (punta di disperazione), że wspięli się na pierwszą lepszą skałę obok schroniska – w deszczu.


Po prawej, święcącą na żółto.

Na koniec będzie włoski obiad. Już po pierwszej drodze Pietro zabrał nas do stołówki „Marina” w Canal san Bovo. To wioska, którą do niedawno z powodzeniem należałoby określić „zabita dechami”. Mieści się w dolinie praktycznie odciętej od świata. Prowadzi do niej (i tylko do niej) kilkukilometrowy tunel – wcześniej dojazd zajmował wiele godzin wąską drogą przez przełęcze. Ani dolina, ani tunel, ani Canal san Bovo nie mieszczą się żadnej mapie atrakcji trurystycznych, więc do stółówki Marina trafiają tylko miejscowi i – z polecenia miejscowych – my. To jest troszeczkę inna Italia, niż ta, którą do tej pory poznaliście. Zaraz przy wejściu są zlewy ze szczotkami ryżowymi – chodzi o to, żeby miejscowi drwale mogli jako tako domyć ręce przed obiadem. A składanie zamówienia wyglądało tak:
Pan Gospodarz: To co dzisiaj jemy?
My (nieco skonsternowani brakiem menu): Hmm… może pastę?
Pan Gospodarz: No ciepło, ciepło. Jaka pasta?
My (jeszcze bardziej skonsternowani): Hmm… może carbonara?
Pan Gospodarz: Źle!
My (po kilku kolejnych nieudanych próbach): di montagna?
Pan Gospodarz: Tak! Di montagna. Otóż obudziłem się dzisiaj rano i pomyślałem sobie: ach! ależ bym sobie zjadł takiej dobrej pasty di montagna. Ze świeżymi grzybami. Więc zjadłem śniadanie i zabrałem się za gotowanie. Grzyby mamy codziennie od grzybiarzy z lasu, choć w tym roku straszna posucha…

Mówił tak jeszcze długo, w międzyczasie uciszając awanturującego się pijanego drwala-emeryta. Reasumując, okazało się, że w Marinie obiad polega na tym, że klient odgaduje, co gospodarz dzisiaj nagotował. Potem na stół wieżdża brytfanna pełna domowego makaronu i każdy zjada ile jest w stanie pomieścić. Razem z winem, podobną brytfanną wędlin na rozgrzewkę i obowiązkowym espresso na trawienie kosztuje to… 12 euro od osoby. Proponuję każdemu czytelnikowi uwzględnić Canal san Bovo w najbliższych planach wakacyjnych. Ja, jakby co, mam już wpisane w kaledarzu na sierpień.


Drugiego dnia była tagliatta z grzybami. Dobrze, że w cenie są opakowania na wynos, bo mimo wielkich chęci nie udało mi się pokonać tej porcji.


Czwartego dnia znów wypadał odpoczynek i wspin w skałkach, bo i tak wieczorem łapałem samolot do Polski. A przy okazji przejechaliśmy się nową zabawką ojca Omara:

Nie ma to jak porządny wspin w Dolomitach :)

Tags: , , ,