Zapraszam na drugą część wycieczki do Parc des Écrins.

W poprzednim odcinku: moja gorączka (w środku lata) opóźnia wycieczkę o dwa dni, po czym deszcz krzyżuje plany przez kolejne dwa dni. Wreszcie, piątego dnia udaje się zreazliwoać ambitny projekt, po którym na gorączkę zapada Jasiek.


Także w czwartek poranna kawa już tylko we dwóch.

I w ogóle, jakoś powoli nam szło tego dnia.

Najpierw z pół dnia nam się zeszło na porannej kawie, a potem wybranej drogi jakoś nie mogliśmy znaleźć. Poprzedni dzień jednak dał się we znaki nie tylko Jaśkowi, bo w którymś momencie zadeklarowałem Kacprowi: „chętnie z Tobą pochodzę i poobczajam teren i drogi i w ogóle wszystko, ale nie każ mi się dzisiaj wspinać…” Dobry Kacper wspinać się nie kazał. Zamiast tego, wpadliśmy na ognisko do Witka, który jest wspinaczem i w Ailefroide mieszka przez cały sezon wraz z rodziną.

.

Na wieczór Jasiek się zabrał do Genewy, a ja następnego ranka poczułem, że muszę koniecznie nabyć w aptece lek, który jest przyjacielem każdego podróżnika. Kacper, jakiś taki zrezygnowany spytał: „To co, wracamy od razu, czy dopiero po zakupach w aptece?”. Zupełnie nie rozumiałem o co mu chodzi, przecież przyjechaliśmy się wspinać! Przez tydzień! Tak się w sobie zawziąłem, że cały dzień jadąc na wodzie, sucharach i stoperanie przeszedłem z Kacprem jedną z najpiękniejszych linii w życiu. Jak to mawiał Mikołajek u Gościnnego: „no bo co? kurcze blade!”.

Droga nazywała się „Cascade Blues”,

miała chyba z osiem wyciągów i dwukrotnie trawersowała wodospad.

.

.

.



.

.

.

.

Można powiedzieć, że mi się poprawiło. Bo kolejnego dnia przełożyliśmy powrót na wieczór i z rana załoiliśmy jeszcze jedną piękną linię:

To gdzieś na dole

To gdzieś pośrodku.

A to na górze.

Wieczorem szybki powrót do Genewy.

A z rana samolot do Warszawy.

W przyszłym roku też ciśniemy. No bo co? Kurcze blade!

Tags: , ,