Zapraszam na wycieczkę do Parc des Écrins.

Dawno, dawno temu, będąc biednym i ciekawym świata studentem myślałem sobie tak: „Alpy jeszcze kiedyś poznam. Kiedyś, jak się podstarzeję. Teraz pora na prawdziwą przygodę, która czeka na drugim końcu świata”. No i tak szukałem tych przygód na dalekich kontynentach, aż się chyba faktycznie podstarzałem. Bo teraz wprost uwielbiam spędzać lato w Alpach!

Najprzyjemniej jest oczywiście w doborowym towarzystwie. Takiemu Kacprowi i Jaśkowi na przykład to w ogóle jest za dobrze, bo w Alpach mieszkają na okrągło (no… mieszkali). Napisałem im więc, że wpadam w lipcu i niech coś ogarną i cieszę się, że oni też już się cieszą. I tak wylądowaliśmy w Parku Narodowym des Écrins w południowych Alpach we Francji.


Poranna kawa z widokiem na skalne ściany,

wiążemy liny, zakładamy fajne, brzęczące gadżety i…


w górę!

.

Taka piękna pogoda, aż tu nagle…

deszcz!

Pierwszego dnia po dwóch wyciągach zlał się na nas deszcz. Wprawdzie prognoza pogody mówiła o tym od początku, ale zbyt byliśmy napaleni na wspinanie, aby zmieniać plany. Ostatecznie pierwszy raz miałem okazję zjeżdżać w deszczu i nie jest to najprzyjemniejsza rzecz na świecie. Liny strasznie nasiąkają wodą, a w trakcie jazdy w dół całą tę wodę wyciska się przyrządem zjazdowym – spływa sobie ona z liny na dłoń i przez wyciągniętą w górę rękę, goretexowym rękawem elegencko jak po rynnie, prosto pod pachę.


Tak jest.

A to wszystko miało miejsce w Ailefroide. Ailefroide to dolina schowana głęboko w sercu Alp. Prowadzi nią mała asfaltowa droga, która kończy się na parkingu pod lodowcem.

Parking pod lodowcem des Écrins.

Okazuje się, że na tym lodowcu już kiedyś byliśmy z Kacprem – w samych początkach świetności tego bloga. A jeszcze trzy lata wcześniej była tam Marta ze swoją ekipą. Kilka kilometrów przed lodowcem jest malowniczy zakątek, w którym łączą się trzy doliny. Tam właśnie mieści się wioska Ailefroide. Słada się ona z pola namiotowego, dwóch sklepów i trzech barów i w sezonie letnim jest zamieszkała praktycznie wyłącznie przez wspinaczy. A to dlatego, że wszędzie dookoła, na ścianach trzech dolin znajduje się ponad sto obitych dróg wielowyciągowych o praktycznie dowolnej długości i trudności. A my właśnie mieliśmy spędzić tam tydzień!

Ale zacznijmy jeszcze raz, od początku. Otóż na dłuższych wyjazdach z Jaśkiem i Kacprem to jest jakoś tak, że zawsze kogoś dopadnie jakaś choroba, która krzyżuje ambitne plany. Nie inaczej było i tym razem. Padło na mnie – i to już w samolocie do Genewy! Miesiąc wcześniej od mieszanki upału i klimatyzacji nabawiłem się całkiem poważnej anginy i teraz ledwo wyleczony, chwilę po odstawieniu antybiotyków przeżywałem powtórkę z rozrywki. Oryginalny plan zakładał, że w piątek, prosto z lotniska ciśniemy w skały. Zamiast tego poprosiłem tylko: „chłopaki, zawieźcie mnie do łóżka…”

Po dwóch dniach mieszanka piguł i samozaparcia postawiła mnie na nogi i w poniedziałek byliśmy już na pierwszym wspinie. Na tym, co nas deszcz zmoczył. We wtorek natomiast mieliśmy się wspinać po pięknej, ambitnej i wyjątkowo długiej drodze – czternaście wyciągów. O szóstej rano, ubrani i w pełni gotowi do akcji dostaliśmy (dzięki Ala!) prognozę pogody, z której wynikało, że musimy sobie jednak zorganizować rozrywki zastępcze.


Także poranna kawa z widokiem,

a potem jakieś mistrzostwa kajakowe,

i kopalnia srebra.

W środę jednak wszystko poszło już zgodnie z planem:

W górę!

Czternaście wyciągów (albo szesnaście, nie pamiętam).

Wspinanie było solidne, ale tak się spieszyliśmy, że brakuje rzetelnej dokumentacji fotograficznej.

Zmęczeni i nieco odwodnieni ale szczęśliwi. Sprawnie poszło!

Widok na północ na czoło lodowca des Ecrins.

I na południe, na Jaśka i Kacpra.

No… prawie wszystko poszło zgodnie z planem. Mówiłem Wam już, że w tej ekipie na wyjazdach zawsze kogoś męczy jakaś choroba? No i na wieczór Jasiek nam zaniemógł. Pewnie od upału i odwodnienia. W sumie jednak nie ma tego złego – ze względu na Jaśka musieliśmy wynająć na tę noc hotel, w którym akurat była sauna.

O z takim widokiem (z pokoju, nie z sauny).

Ale to dopiero połowa wycieczki. O dalszych przygodach w kolejnym wpisie, nie odchodźcie za daleko.

Tags: , ,