Cardiffianki

Wakacje dawno za nami, ale na blogu jeszcze się z wakacjami nie żegnamy. W wolnej chwili mamy dla was bowiem opowieści z Genewy, gdzie Marta udzielała się naukowo i z Ladakhu w Indiach, gdzie Wojtek udzielał się nienaukowo. Tymczasem wróciliśmy do naszego (nowego) walijskiego domu i cieszymy się jesienią. Jesień bowiem, to najpiękniejsza pora roku w Walii. Jest ciepło i tak słonecznie, że od przyjazdu pięć tygodni temu parasola używaliśmy raptem jakieś dwa razy. Powtórzę to zatem jeszcze raz głośno i wyraźnie: jest ciepło i słonecznie. Ładujemy baterie, bo jak w listopadzie zacznie padać, to skończy w sierpniu. Śmigamy zatem w góry i nad morze, skaczemy na placu zabaw albo robimy grille w ogródku. Ula się decyduje czy najpierw zacząć mowić po polsku czy po angielsku, a Janka została baletnicą.

.

.

Przygotowanie do grilla. Po rocznej przerwie wracamy do życia towarzyskiego.

Ten pyszny lizak to oliwka na wykałaczce.

Były też grille dla lal.

I przyjęcia dla lal. (Zwróćcie uwagę na przejętą kucharkę.)

Na koniec śmiesznostka: tata przywiózł swoim księżniczkom indyjskie suknie. Zgadnijcie, czyja znalazła większe uznanie.