Punkt widokowy w Parku Greenwich.

W pierwszy weekend po przeprowadzce do Londynu zajrzeliśmy do mapy i okazało się, że pieć kilometrów od nas jest słynne Greenwich. W dodatku całą drogę można przejechać rowerem bulwarami nad Tamizą. Wsadziliśmy więc dzieci na foteliki i chwile później odkrywaliśmy piękną zieloną oazę w środku wielkiego miasta. (Może nie aż tak zieloną, bo był styczeń.)


Nasza pierwsza londyńska wycieczka – właśnie do Greenwich.

Greenwich to dzielnica Londynu leżąca w trzeciej strefie komunikacyjnej (z dziewięciu) – do City dojeżdża się w około pół godziny, więc jak na Londyn to położenie prawie centralne. Nazwę na pewno kojarzycie, bo tędy przechodzi zerowy południk i od tego południka liczy się strefy czasowe, z których pierwsza (zerowa) nazywa się GMT – Greenwich Mean Time.

Z południkiem jest w ogóle ciekawa historia. O ile z równoleżnikami sprawa jest prosta – równik leży w równej odległości od biegunów, więc jest naturalnie „zerowy”, o tyle z południkami trzeba było się umówić. Nie ma naturalnie „zerowego” południka, bo Ziemia obraca się w sumie bez przerwy. Sprawę postanowiono więc wyjaśnić na Międzynarodowej Konferencji Południkowej w 1884 w Waszyngtonie. Przed konferencją praktycznie każdy kartofraf mógł wyrysować swój własny zerowy południk, więc w użyciu było ich wiele. Greenwich wygrało całkiem zwyczajnie – Wielka Brytania dominowała na morzach i oceanach, więc większość statków i tak już używała map z zerowym południkiem właśnie w Greenwich.

Sto lat później amerykańscy naukowcy dostali zadanie opracowania dokładniejszej siatki geograficznej korzystając z systemu satelitarnego – nazywa się WGS 84 i jest teraz powszechnie obowiązującą. W ramach doperecyzowania niektóre rzeczy się przy okazji poprzesuwały i południk zero wylądował sto dwa metry obok. Dzięki temu można go znaleźć bez potrzeby kupowania biletu do obserwatorium. (Które swoją drogą i tak już nic nie obserwuje, bo leży w centrum dziesięciomilionowej rozświetlonej nocą metropolii.) Leży pomiędzy śmietnikiem a drzewem:

Znalazłem!

Jesteśmy wielkimi fanami Greenwich, bo jest blisko i jest tam co robić w każdą pogodę. Podczas drugiej wycieczki zwiedzaliśmy Muzeum Morskie (National Maritime Museum), które turyści omijają, a szkoda, bo jest rewelacyjne. Obraca się wokół historii odkryć geograficznych, handlu i brytyjskiej kolonizacji. Każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego. Dorośli mogą na przykład uzmysławić sobie skalę światowego handlu morskiego w dziewiętnastym wieku i dowiedzieć się jak powstawały i upadały fortuny. Dzieci w tym czasie mogą pobiegać po wielkiej podłogowej mapie świata szukając ukrytych skarbów za pomocą kamer w specjalnych tabletach. Jest tutaj największy obraz Turnera (którego jestem wielkim fanem) „Bitwa pod Trafalgarem”. (Zwycięstwo wojsk admirała Nelsona nad przeważającą flotą hiszpańsko-francuską w 1805 – od tej daty liczy się światową dominację Wielkiej Brytanii na morzach i oceanach.) Jest też plac zabaw w tematyce morskich wypraw (z klockami do załadunku konterowca, symulatorami lodołamacza, dwupokładowym statkiem – ale tylko dla dzieci…).

Muzuem morskie po lewej, po środku południk zero a za rzeką dzielnica finansowa Canary Wharf.

W Greenwich stoi Cutty Sark – zamieniony w muzeum ostatni herbaciany kliper, do którego wybieramy się następnej zimy. Latem bowiem spacerujemy po wielkim parku:

I zabieramy ze sobą gości.

W maju odwiedzili nas Ala i Jasiek.

.

A na dalekim końcu parku…

znaleźliśmy zakątek z lejeniami.

Dla Uli nie mniej istotne niż zabawa w parku jest dojazd i powrót – piętrowym autobusem.

W czerwcu (wczoraj) spotkaliśmy się w parku z Magdą. Akurat rozpoczął się sezon koncertów jazzowych w ogrodach Obserwatorium.

Ciekawostka – wczoraj do Tamizy wpłynął morski liniowiec i zadokował w Greenwich.

Był większy niż okoliczna zabudowa.

Innym razem (przedwczoraj) dzieci kibicowały mamie.

Która przebiegła dychę w eleganckim czasie.

I w ogóle nie wyglądała na zmęczoną.

A Janka pozazdrościła mamie i też zrobiła dychę – sama na rowerze. Brawo dla dziewczyn!

Ostatnia anegdotka to wymowa nazwy Greenwich. Otóż jest tak, że londyńczycy mają zazwyczaj bardzo dziwną wymowę własnych dzielnic. I kiedy cały świat liczy południki i czas od [Grinicz], to londyńczycy idą na spacer do parku w [Grenycz]. Moja teoria jest taka, że w tej wielkiej metropolii to jedyny sposób na odróżnienie miejscowego od turysty – turysta stara się zapisaną nazwę przeczytać jakoś normalnie.

Tags: