Pod szczytem Barre des Ecrins

Kolejny weekend i kolejna fajna góra w Alpach. Tym razem pomysł Kacpra: Barre des Ecrins (4102m), najbardziej na południe wysunięty czterotysięcznik. Istotnie, nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, że to naprawdę daleko i w związku z tym jak długo zajmie nam dojazd. Po powolnym porannym rozruchu w sobotę, zgubieniu drogi i wielkim „skrócie” przez alpejskie przełęcze dotarliśmy na miejsce o… 18. A do schroniska mieliśmy cztery godziny szybkiego marszu. Niestety, noc na lodowcu nie sprzyja orientacji. Dodatkowo schronisko wygasiło wszystkie światła w przekonaniu, że nikt już nie tego dnia nie dotrze. Błądząc nieco po kamieniach dotarliśmy do schroniska des Ecrins o 23. Po zjedzeniu krzepiącego power batona (Kacpra puszka z tuńczykiem wdzięcznie potoczyła się w przepaść…) poszliśmy spać przed północą.

Fantastyczny lodowiec Glacier Blanc wylewa się do doliny prosto ze skał tworząc malowniczy próg

Ustaliliśmy, że najważniejsze to porządnie wyspać przed atakiem, dlatego zamiast o czwartej do góry ruszyliśmy o wpół do siódmej. Po pięciu kilometrach dreptania jęzorem lodowiec staje dęba i zaczyna się mozolne i długie podejście w labiryncie pomiędzy szczelinami. Do wejścia ponad tysiąc metrów przewyższenia. Mimo, że tempo mieliśmy niezłe na przełęczy byliśmy nie po czterech (jak podają źródła) tylko po pięciu godzinach.

Poranne wyjście w górę lodowca

Na Glacier Blanc, nasz cel w tle

Na przełęczy zaczyna się wspinaczka po skałach w trudnościach AD. schodzący ze szczytu Francuzi zaczęli kręcić głowami: do szczytu półtorej godziny, tyle samo z powrotem. Jest za późno.
Co robimy? Andrzej: damy radę! Kacper: ja bym szedł. Wojtek: wracamy. Odebrałem chłopakom szczyt, który był tak blisko. Na (marne) pocieszenie podeszliśmy na oddalony o pięć minut od przełęczy Dome de Neige (4015m). Cztery tysiące zaliczone.

Pod szczytem

Na szczycie

Schodząc myślałem sobie jak dziwne i jak inne są te góry. W normalnym świecie codziennie człowiek rozważa, ocenia decyzje i zastanawia się co by było gdyby. Co więcej, przecież czymś takim zajmuję się zawodowo. Buduję alternatywne światy, badam alternatywne scenariusze. A w górach nie ma miejsca na „co było gdyby”, nie ma decyzji dobrych i złych. Nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, czy mogliśmy bezpiecznie załoić ten szczyt, czy nie. Mało tego, kategoria dobra-zła decyzja w górach nie występuje. Po prostu, ktoś chce wracać, więc wracamy. Są tylko decyzje i zasady. Trudno to zrozumieć, a jeszcze trudniej zaakceptować. Sam chyba tego do końca nie rozumiem. I dlatego cieszę się się, że jestem za cienki na Himalaje. Bo ktoś, kto tego nie ogarnął, nigdy tam nie powinien się znaleźć.

A tak się chyba, niestety, coraz częściej dzieje. Proste zasady jak nieprzekraczlna godzina powrotu czy jedność zespołu linowego odeszły chyba wraz z minioną epoką. Nie, nie w ostatnich latach, ale dawno, dawno temu – wraz z Żuławskim i Długoszem. Czytałem kiedyś książkę jednej z legend polskiego himalaizmu z „jedną liną” w tytule. Cała książka była o jednym tylko końcu tej liny.

Góry to tylko góry. A człowiek wobec nich jest pyłkiem, marnością. W którymś momencie wyniesiono u nas tę marność do rangi superbohatera. A superbohater ma supermoce, superwiedzę. Batman, Superman czy Lodowy Wojownik nie pyta, nie konsultuje i nie musi się przejmować zasadami dotyczącymi śmiertelników. On ratuje świat.

Nie zrozumcie mnie źle. Podziwiam polskie sukcesy w Górach Wysokich. Jestem dumny z Lodowych Wojowników. Śledzę z zapartym tchem każdą kolejną wyprawę. Zastanawiam się tylko nad proporcjami. I cieszę się się, że nie mam żadnych supermocy.

Glacier Blanc ze szczytu

Dzięki za wyjazd!

Na parking dotarliśmy o osiemnastej, po wejściu tysiąca i zejściu dwóch tysięcy dwustu. Tym razem bez dziwnych „skrótów” i z przystankiem na pizzę dotarliśmy do domu przed przed północą. A z Barre des Ecrins tego poppłudnia nie zeszła żadna, nawet najmniejsza lawina.

Tags: , , ,