Michał i Wojtek na szczycie Punta Fanis Sud

W lipcu Wojtek wraz z Michałem wybrali się razem w Dolomity. Cel nie był łatwy, ale szczęśliwie udało się go osiągnąć – porządnie się zmęczyć!

Oryginalny plan zakładał „łojenie” na ferratach. Michał postanowił dorzucić do planu rowery górskie. No to ja dorzuciłem wspinanie. No to Michał dorzucił odwiedziny znajomych w Lecco. Sam nie wiem jak nam udało się potem wszystko wszystko upchnąć w siedem dni.

W poniedziałek z lotniska w Bergamo ruszyliśmy do Lecco. Po krótkim spacerze po mieście i uzupełnieniu zapasów pojechaliśmy się trochę powspinać nad jeziorem.

Wspinanie trakcyjne nad jeziorem Lecco

Wieczorem spotkaliśmy się ze znajomymi Michała z czasów wymiany w 2008 roku, zjedliśmy dobrą pizzę i spożyliśmy nieco piwa i wina. We wtorek po kąpieli w jeziorze pojechaliśmy w Dolomity. Na pierwszy ognień poszła via ferrata Oskar Schuster na Sasso Lungo. To droga idealna na rozgrzewkę – długa, kondycyjna i męcząca, ale bez większych trudności technicznych. Bez większych problemów można ją przejść „klasycznie”, czyli korzystając z lin tylko dla asekuracji, nie dla lepszego chwytu.

Grupa Sasso Lungo

Michał na szczycie Sasso Lungo

W czwartek podnieśliśmy poprzeczkę – via ferrata Cesare Piazzetta na Piz Boe (grupa Sella). Sella to piękna grupa skalna, która swoim kształtem przypomina gigantyczną babkę wielkanocną (Włosi mówią na nią „panetonne”, czyli właśnie babka, chociaż bożonarodzeniowa). Ferrata prowadzi przez jeden z pionowych uskoków tego wielkiego ciastka. Jest ona istotnie trudna. Piersze poważne trudności występują na pierwszych kilkunastu metrach – wejście około 8 metrów pionową ścianę prosto w górę, bez sensownego oparcia na nogi. Mi zadyszka po walce przeszła dopiero jakieś pół godziny później. Piazzetta kończy się około 300m przed szczytem, do którego dochodzimy już normalną ścieżką. Na szczycie schornisko, więc towarzyszą nam tłumy ludzi.

Babka wielkanocna czyli grupa Sella

Poaczątek ferraty Cesare Piazzetta

Mostek linowy w połowie ferraty

Wyjście na szczyt po skończeniu ferraty. Urwiska babki wielkanocnej w tle

Telefon do mamy z Marmoladą w tle

W piątek zapowiadała się burza na popołudnie, więc zamiast na ferratę pojechaliśmy na wspinanie. Odkryliśmy fantastyczne i bardzo urokliwe miejsce – Cinque Torri. Pięć wież skalnych obitych ze wszystkich stron drogami o najróżniejszych trudnościach. Do tego proste wielowyciągówki i – dla wyszkolonych – wspinaczka w tradzie. Największy atut to jednak położenie tego miejsca. Wieże wystają z trawiastego płaskowyżu, otoczonego ze wszystkich stron wielkimi ścianami dolomickich kolosów. Swoją drogą znajoma Kozika z Lecco, Irina, szurnięta na punkcie wspinaczki, stwierdziła, że to co my robimy to nie jest wspinanie tylko „imprezowanie w skałach”. Cinque Torri no miejsce na imprezę idealną.

Cinque Torri

Cinque Torri

Cinque Torri widziane z Punta Fanis Sud nie wyglądają szczególnie imponująco

W sobotę postawiliśmy piękną kropkę na i pokonując ferratę Tomaselli na Punta Fanis Sud. Chociaż według przewodników jest o pół stopnia prostsza od Cesare Piazzeta, w naszej zgodnej ocenie była najbardziej wymagająca – długa, trudna, a do tego pięknie eksponowana. Kilkumetrowy trawers bez oparcia na nogi ponad dwustumetrową przepaścią na samym początku czy końcowe wyjście wąskim filarem w „pełnej lufie” zapamiętamy na długo. Tomaselli bije także ferratę Piazzetta atrakcyjnością miejsca – na szczycie nie ma żadnego schroniska,a ferratą wędruje niewiele osób. Można mieć góry całkiem dla siebie.

Ubieranie szpeju przed ferratą Tomaselli

Widok na urwiska Grupy Fanis

Grupa Fanis. Ferrata prowadzi prawym filarem

To już mój drugi wyjazd w Dolomity w ciągu ostatnich dwóch lat. Doprawdy, niesamowite jest to, że są w na świecie tak piękne góry i do tego tak niedaleko od domu. Jeszcze kilka lat temu Dolomity nie były dobrym kandydatem na wyjazd. Asfaltowe szosy, kolejki narciarskie, hotele, restauracje i schroniska – brak tu dzikiego klimatu i atmosfery przygody. Dlatego ciągneło nas zawsze bardziej w głąb Azji. Ale teraz, gdy w tydzień czasu trzeba upchnąć plan „porządnego zmęczenia się”, nie ma chyba lepszego i piękniejszego miejsca na wyjazd niż Dolomity.

Grupa Tofan z biwaku

Biwak na leśnym parkingu

Logistycznie jest tutaj po prostu idealnie. Samochodem albo kolejką narciarską dostaniemy się zawsze w niedalekie okolice startu ferraty. Idąc nawet spokojnym tempem można wyrobić się na powrót ostatnim zjazdem kolejki. Codziennie zatem możemy podziwiać świat z trzytysięcznych szczytów, z lekkim plecakiem, a na wieczór zjechać na kemping, wziąć prysznic i zjeść dobrą pizzę. A następny dzień zacząć od aromatycznego włoskiego espresso.

Sella o zachodzie słońca

Sella o zachodzie słońca

Niedzielę spędziliśmy znów na wspinaniu na Cinque Torri, a w poniedziałek wybraliśmy się na rowery górskie nad jezioro Garda, gdzie spotkaliśmy się z Piotrem, kumplem Michała z wymiany w Lecco. Pogoda była mieszana – na zmianę moknęliśmy i schnęliśmy. Rowery wypożyczliśmy za niewielkie pieniądze w Rivie i pojechaliśmy na (na oko) 30-40 kilometrową traskę, z konkretnymi przewyższeniami po drodze. Trasa nad Lago di Ledro prowadzi dawną zamkniętą drogą, najpierw wzdłuż skalistych brzegów Gardy, wspina się powoli po górę zakosami przechodząc po drodze przez liczne skalne tunele. Następnie wciąż po górę doliną przez lasy, łąki i kilka wiosek. Bardzo malowniczo. Tutaj też postanowiliśmy jeszcze kiedyś wrócić. Nad Lago di Ledro podziwialiśmy drewniane domy na palach, o czym będzie następny wpis. Wieczorem pożegnaliśmy się i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Michał i Piotr do Wenecji, a ja do Genewy z przystankiem w Lecco.

Link do galerii:

Tags: , , ,