Na zamku w Chepstow.

W Walii to jest tak, że jak prognoza pogody mówi „bez opadów”, to znaczy że deszczowe chmury być może będą łaskawe. A być może nie. Po kilku weekendach z taką właśnie prognozą mieliśmy już dosyć siedzenia w domu. Więc mimo zapowiadanego „bez opadów” pojechaliśmy na spacer do doliny rzeki Wye. W środkowej części doliny znajdują się przepiękne i niezwykle nastrojowe ruiny opactwa Tintern, które odwiedziliśmy rok temu. W tym roku Tintern było celem naszego spaceru, a startowaliśmy z Chepstow, gdzie znajduje się malowniczy zamek.

Prognoza pogody: zero milimetrów opadów.

Zamek sięga czasów normandzkich, postawiono go już w pierwszych latach po lądowaniu Wilhelma.

.

.

.

Zamek w Chepstow ma imponujące rozmiary i jest pięknie położony w zakolu rzeki. Na naszej liście ląduje na czwartym miejscu najciekawszych zamków w Walii, po zamku Raglan, zamku Coch i zamku Caerphili (tutaj i tutaj).


Mury zamku zbudowane są na pionowych klifach rzeki Wye.

Zamek w okresie świetności był trzypiętrowy.

Wycieczka była super, bo dołączył do nas wujek Paweł z Bristolu. A wycieczki z wujkiem Pawłem – jak twierdzi Janka – są najlepsze.



I jeszcze ciekawostka: największy cis jaki w życiu widzieliśmy:

Pod wielkim cisem.

Po obejrzeniu zamku ruszyliśmy na dziesięciokilometrowy spacer do Tintern. Wujek Paweł boleśnie odkrył magię dziecięcego przelicznika. Polega on na tym, że gdy po dwóch godzinach ma się już dochodzić do celu, to jest się mniej więcej w połowie drogi. Na szczęście prognoza nareszcie zaczęła się sprawdzać, przestało podać, i chociaż pochmurno, to było też bardzo ciepło. A po czterech godzinach spaceru obiad w karczmie w Tinern smakuje dwa razy lepiej niż po dwóch!

.

A dwa tygodnie później wybrałem się – już bez dzieci – z Pawłem na zupełnie inny wyjazd. Pojechaliśmy nad morze i zostaliśmy prawdziwymi surferami! Pogoda była prawie taka sama, tylko istotnie zimniej i wietrzniej. Ale to nie szkodzi, bo surfing wyzwala tyle energii i tyle endorfin, że było nam super ciepło i byliśmy super zachwyceni. I chociaż ani razu nie udało mi się ustać na desce, to zostałem wielkim fanem. Zobaczymy, może jeszcze tej jesieni uda się wyskoczyć. Niestety, na desce pływa się bez aparatów fotograficznych, więc nie ma zdjęć jak tniemy dzikie fale. Mamy za to coś lepszego. Janka namalowała farbami jak tata i wujek serfują:

Wujek z lewej, tata z prawej (chyba). Malunek jest bardzo wierny – morze było naprawdę tak wzburzone, a my na tych deskach pewnie tak musieliśmy wyglądać.

Surfing można kojarzyć na przykład z Hawajami. I słusznie, bo w nocy z soboty na niedzielę na Hawajach odbywały się mistrzostwa świata serii Ironman, na których pływał, pedałował i biegł nasz ulubiony triatlonista, czyli mój przyjaciel Ironman, czyli Budyń. Budyń wbiegł na metę po dziewięciu i pół godziny zostając dwudziestym siódmym najszybszym ironmenem świata w swojej kategorii! Niezmiernie ogromne wyrazy uznania i wielkie gratulacje dla Budynia. A my kibicowaliśmy tak:

Z okazji mistrzostw świata na Hawajach zajadamy pizzę hawajską, której serdecznie nie znoszę, ale czego się nie robi… :)

Tags: