Tej zimy wyjazdy naukowe i stres osiągnęły u nas absolutne wyżyny. A to za sprawą dwóch magicznych słów: Job Market. Opowiem Wam dzisiaj trochę o tym, jak się szuka pracy w ekonomii akademickiej.

Mapy na zdjęciu tytułowym jeszcze nie mieliśmy

Zapomnijcie o wszystkim, co kiedykolwiek wiedzieliście o szukaniu pracy. Tutaj wszystko jest inaczej. Cały proces rekrutacji do pierwszej pracy po doktoracie jest bowiem wysoce scentralizowany na poziomie całego świata. Raz w roku, na samym początku stycznia, podaż pracy (czyli świeżo upieczeni doktorzy lub, częściej, przygotowujący się do obrony) spotyka się podczas wielkiej konferencji w jednym z amerykańskich miast z popytem (czyli wszystkimi uczelniami i instytucjami poszukującymi młodych naukowców). I rozmawiają. W tym roku ta wielka konferencja miała miejsce w Bostonie. I ja tam byłem i też rozmawiałem.

Konferencja trwa raptem trzy dni, ale pod nią układany jest kalendarz całego ostatniego roku doktoratu. Na konferencję jedzie się z jednym, doskonale przygotowanym artykułem. I tak: wrzesień to moment ostatniej prezentacji na wydziale i zebranie ostatnich uwag. Październik to czas na ostatnie poprawki i korektę językową. Listopad to miesiąc wysyłania aplikacji (sześćdziesiąt to minimum, sto to średnia, trzysta to rekord o jakim słyszałem). Od początku grudnia zaczynają spływać zaproszenia na rozmowy (interviews) – właśnie podczas tej wielkiej konferencji.

Boston z 48 piętra Prudential Center. Widok w stronę oceanu (i lotniska)

A to widok na zachód

Za rzeką jest Cambridge, a w Cambridge jest Harvard i MIT

W ten sposób przechodzimy do drugiego etapu, czyli wyjazdu na konferencję. Trzeci etap to kolejne zaproszenie – na prezentację i kolejne rozmowy już na docelowej uczelni. W żargonie nazywamy to fly-out i ten etap trwa przez cały styczeń i luty (czasami nawet i marzec). Potem podejmowane są decyzje i podpisywane kontrakty. Uff!

A teraz słowo o samej konferencji. Rozmowa z jednym miejscem odbywa się zazwyczaj w pokoju hotelowym i trwa pół godziny, podczas których należy opowiedzieć co się robi, przekonać dlaczego to jest ważne i ciekawe, określić zakres tematyki nauczania, plany naukowe na najbliższe pięć lat, wykazać się znajomością wydziału i przekonać jego przedstawicieli, że pasuje się do ich układanki. Zaraz po takiej rozmowie biegnie się do kolejnego hotelu. Takich rozmów w ciagu dnia niektórzy potrafią załatwić nawet dziesięć!

To jest wyzwanie. Stres i pośpiech, garnitury, koszule i krawaty, hotele i taksówki, uczelnie, banki centralne i instytucje międzynarodowe i wiele światowej sławy nazwisk – cały świat ekonomii akademickiej w jednym miejscu. Najlepszym porównaniem czym taka konferencja jest dla kandydatów byłaby chyba inicjacja w kulturach pierwotnych – małe dziecko musi opuścić swój przytulny wydział i zmierzyć się ze światem, aby zostać prawdziwym, dorosłym ekonomistą.

Kościół Trójcy Świętej z XIX wieku – naprawdę piękny

I jeszcze jeden widok z góry – zwróćcie uwagę na balans pomiędzy wieżowcami downtown, osiedlami mieszkalnymi i terenami zielonymi

Bostonu, jak się pewnie domyślacie, nie miałem czasu zwiedzać. Jednak na tyle, na ile przez te kilka dni zdołałem zobaczyć, to miasto jest niesamowicie sympatyczne. Boston jest duży, ale nie ogromne. Nie przytłacza jak (przynajmniej mnie) Nowy Jork. Jest stare, nawet jak na amerykańskie warunki. To bardzo ważny czynnik. Zupełnie inaczej bowiem wygląda miasto, które przez kilkaset lat naturalnie się rozwijało, od tego, które wybudowano wiek temu, od zera, na środku prerii (jak dajmy na to kanadyjskie Calgary).

Co więcej, po Bostonie widać, że jego rozwój był tyleż naturalny, co sterowany przez urbanistów. Rejony finansowe, naukowe i mieszkalne doskonale przeplatają się i uzupełniają, a na ich styku kwitnie życie towarzyskie w kawiarniach i barach. Nawet zimą, mimo minusowych temperatur. Sprawnie działa miejska komunikacja, a na ulicach nie widziałem żadnych korków. Nie muszę chyba wspominać, że Boston przez wielu (a na pewno przez siebie) uważany jest za intelektualną stolicę USA. To tutaj, tuż za rzeką, w Cambridge, mieszczą się Harvard i MIT.

Poza amerykańską są jeszcze dwie konferencje typu Job Market. Jedna w Hiszpanii (w tym roku w Palmie, o której już pisałem) i jedna w Londynie (o którym jeszcze napiszę). Jednak skala tych dwóch jest nieporównywalnie mniejsza. Podobne jest natomiast to, że wszędzie są doktoranci-kandydaci. Wszędzie więc spotyka się znajomych. Nie inaczej było i w Bostonie! Raz podczas wieczornego przyjęcia u jednej z bogatszych instutycji (która nie oszczędzała na dobrym winie) wpadliśmy na pomysł aby wjechać na ostatnie piętro hotelu, znaleźć okno i zrobić sobie selfie z zaśnieżonym Bostonem w tle.

Cheers to Barbara, Srecko, Ali, Arantxa, Ylenia, Eugenia and Kirill!

Cheers to Stefan!

Cheers to Federica, Reini and Dominik! (Selfie z Bostonem w tle)

Pozdro dla Agi, Sebastiana i Tymona! (Z którymi nie zdążyłem strzelić selfie – wybaczcie)

Wpis kończę pozdrowieniami dla wszystkich, którzy w tym roku są na Job Market i dla wszystkich, którzy za nas trzymają kciuki. Daliśmy (i ciągle dajemy) z siebie wszystko!

PS. Jeszcze króciutko, ale koniecznie muszę Wam opowiedzieć co mi się przytrafiło w samolocie z Londynu do Bostonu. Okazało się, że był overbooking i moje miejsce było już zajęte. Zaproponowano mi zatem… miejsce w klasie Club World. Klasa Club World to kilkanaście rozkładanych łóżek na drugim pokładzie Jumbo Jeta. A na obiad serwują steki.

A co!

Tags: