W tym roku wakacje zaczęliśmy w najlepszym możliwym stylu – od koncertu AC/DC na Narodowym w sobotę 25 lipca. Historia tego koncertu i historia naszej miłości do AC/DC są bardzo długie i zawiłe. Opowiem obydwie.

A taki po koncercie dostałem od Wilka prezent

Ci, którzy nas znają wiedzą, że w muzyce rockowej, tak ja jak i Marta, siedzimy od wczesnego liceum. Ale AC/DC poznaliśmy późno. W 2007 roku podczas wyprawy do Kanady. Kanadyjczycy kochają AC/DC. Właściwie logo tego zespołu mogłoby być jednym z symboli tego kraju, obok łosia i syropu klonowego. Każdy Kanadyjczyk ma w samochodzie całą dyskografię (tak, całą dyskografię, nie tylko jedną płytę) tego zespołu. Ale to co mnie najbardziej urzekło, to że nie ma w Kanadzie imprezy klubowej bez „Highway to Hell” i „You Shook Me All Night Long”. Po prostu nie ma.

W sierpniu 2007 w ekipie Przesmyk, Łysy, Marta i ja przejechaliśmy dziewięć tysięcy kilometrów z Calgary w Albercie do Anchorage na Alasce. Była to jedna z największych przygód naszego życia (kilka fajnych artykułów z tej wyprawy publikowały różne gazety, znajdziecie w dziale prasa). Przez miesiąc mieszkaliśmy w samochodzie. I przez cały ten czas w głośnikach leciało AC/DC. Po powrocie AC/DC grało też na każdym slajdowisku z tej wyprawy, a potem na innych wyprawach, w innych samochodach, na innych slajdowiskach i wszelkich imprezach. Jednym słowem – zakochaliśmy się i zżyliśmy z ich muzyką.

On a highway to Alaska.

Bardzo istotny w tym wszystkim jest jeden szczegół. Z perspektywy 2007 roku AC/DC to była muzyka przeszłości. Zespół, który dwukrotnie zawojował świat – najpierw na przełomie lat 70. i 80. a potem na początku lat 90. Potem wydali jeszcze dwie bardzo dobre płyty (w 1995 i 2000), ale czas jest nieubłagany i, obok Led Zeppelin czy Pink Floyd – w roku 2007 AC/DC należało do „klasyki rocka”, która odeszła już na emeryturę.

I wtedy, rok po naszym powrocie z Kanady, w październiku 2008 AC/DC wydało nową płytę! Nową płytę, którą miała promować wielka trasa koncertowa! Ach, naszemu szczęściu nie było końca. Nie ważne, że Polski nie było na liście. Nie ważne, że bilety na koncert w Pradze wyprzedały się chyba w dwa dni i nie zdążyliśmy kupić. Musieliśmy zobaczyć AC/DC na żywo – nie ulegało wszak wątpliwości, że to ich ostatnia trasa i o ich koncercie będziemy opowiadać dzieciom i wnukom i prawnukom, dla których będzie to nostalgiczny symbol minionej, złotej epoki muzyki.

I pojechaliśmy. W maju 2009 pojechaliśmy na koncert AC/DC do Belgradu. Było nas sześcioro i zrobiliśmy tygodniowy road trip. W autach mieliśmy przygotowane dyskografie i wydrukowane teksty każdej piosenki. Wieczorem 26 maja 2010 na scenę zbudowaną na belgradzkim stadionie olimpijskim wjechała kilkutonowa lokomotywa. Był błysk, blask, dym i hałas, potem dźwięki gitary Angusa Younga i zaczęła się największa uczta muzyczna mojego życia. Było mega! Tylko to uczucie smutku dzień po koncercie – coś się skończyło…

Belgrad Shook Me All Night Long

AC/DC miało nas jeszcze zaskoczyć. I to niejeden raz. W święto Nowego Roku w 2010 usłyszałem w radiu, że AC/DC przedłuża swoją wielką trasę o rok i wraca do Europy. Tym razem Warszawa była na liście. W jeszcze większej ekipie niż rok wcześniej, w maju 2010 pojawiliśmy się na lotnisku Bemowo. Na scenę wjechała kilkutonowa lokomotywa. Był błysk, blask, dym i hałas, potem dźwięki gitary Angusa Younga i zaczęła się druga największa uczta muzyczna mojego życia. Każdy z sześćdziesięciu pięciu tysięcy fanów, którzy widzieli warszawski koncert AC/DC potwierdzi, że było mega!

Back in Bemowo

Koncert się skończył, a życie toczyło się dalej. Kilka miesięcy później wyjechałem na stałe do Włoch. Leciały lata, przestałem być dzieciakiem, zostałem naukowcem, wzięliśmy ślub z Martą i urodziły nam się dwie córki. I wtedy, tuż przed urodzinami Uli świat obiegła elektryzująca wiadomość. AC/DC wydaje nową płytę! Dwa razy już się z nimi pożegnałem, a tu proszę! Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem rankiem 2 grudnia 2014 była wycieczka do sklepu muzycznego. Zdobyłem „Rock or Bust”! (Swoją drogą, wcale nie było to takie trudne, bo wszyscy teraz kupują mp3 przez internet i sklepy muzyczne święcą pustkami albo plajtują. Ja jednak musiałem mieć namacalną płytę.) Od tamtego dnia codziennie sprawdzałem jak wykluwa się trasa koncertowa.

Pod choinką znalazłem bilet: „AC/DC, Warszawa, Stadion Narodowy, 25 lipca 2015″. Marta miała dostać swój na urodziny miesiąc później. I tutaj pojawił się pierwszy smutny element tej pięknej historii – bilety na Narodowy wyprzedały się na pniu. Cud, że Śwęty Mikołaj zdążył załatwić chociaż jeden. Przez pół roku żyliśmy tak z żoną pod jednym dachem – jedno z biletem, a drugie bez.

W piątek 24 lipca byłem w trasie z Włoch do Polski. Nocowałem akurat w Krakowie u Agi i Andrzeja i przed odjazdem do Lublina sprawdziłem sobie jeszcze fejsbuka. Polska strona fanów AC/DC podała, że pojawiło się kilka biletów na jutrzejszy koncert! Szybka akcja, kilka telefonów, negocjacje z babcią naszych córek i udało się – mamy drugi bilet! A potem było coraz piękniej. Nawet nie zniechęciła nas wielka burza, która przetoczyła się nad Warszawą godzinę przed koncertem.

Narodowy Ain’t A Bad Place to Be

Stadion Narodowy naprawdę robi piękne wrażenie. Jest z czego być dumnym. Do tego ochrona wpuściła nas na jeden sektor, mimo że bilety mieliśmy kilometr od siebie. Support – Vintage Trouble – dał świetny koncert i rozgrzał publiczność. Potem był film z lądowania na Księżycu, płonąca kometa z napisem AC/DC pędziła w stronę Narodowego, a gdy uderzyła był błysk, blask, dym i hałas, potem dźwięki gitary Angusa Younga i zaczęła się trzecia największa uczta muzyczna mojego życia. Nie było sekundy, żebyśmy nie skakali. Nie było chwili, żeby Stadion Narodowy nie ryczał. Przez dwie godziny nie było nikogo, kto by siedział. Obrazek z bisu zostanie mi w głowie już na zawsze. Siedemdziesiąt tysięcy ludzi faluje na Narodowym w rytm „Highway to Hell”. Wiecie, są takie chwile, sytuacje, przeżycia, które kiedy się dzieją, to wiesz, że są absolutnie wyjątkowe, ale wiesz też że ich nie utrwalisz. Ani najpiękniejsze zdjęcie, ani najciekawsza opowieść nigdy nie oddadzą tej wyjątkowości. Musisz tę chwilę „zapamiętać”. Zapamiętaliśmy i pożegnaliśmy się z AC/DC. No bo co jak co, ale oni już wszyscy są grubo po 60-ce.

Pamiętam, jak w Belgradzie nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom i uszom, jak panowie pod 60-kę dawali czadu przez ponad dwie godziny non-stop. Czas jest jednak nieubłagany i chłopaki mają sił coraz mniej, a nie coraz więcej. Teraz, po każdym kawałku scena gasła na minutę albo dwie a muzykom pewnie podawano tlen (chociaż prędzej prąd stały / prąd zmienny). Profesjonalistami są jednak w każdym calu, bo gdy światła znów się zapalały AC/DC dawało czadu na maksa. Tak jak pięć lat temu w Belgradzie, tak jak czterdzieści dwa lata temu w Sydney.

Jedynym małym minusem tego wspaniałego wieczoru był dźwięk. Stadion Narodowy ma bowiem akustykę słoika, a w czasie deszczu – zakręconego słoika. O ile jeszcze te bardziej bluesujące hity z lat 70. jak „Dirty Deeds Done Dirt Cheap” brzmiały nieźle, o tyle spotkanie ze ścianą dźwięku w „Thunderstruck” było raczej dla słuchacza nokautujące. Ale przecież nie o dźwięk w koncercie chodzi, tylko o przeżycie, o te momenty. Z tego powodu nie wkleję linku do youtubowego filmiku z tego koncertu (jest ich ponad sto). Nagrywanie kalkulatorem dźwięku ze słoika i publiczne dzielenie się nim jest zbrodnią na muzyce i powinno być karane więzieniem.

Na każdy z trzech koncertów miałem specjalne przebranie, a la mundurek szkolny Angusa Younga, poskładany z ciuchów na kilogramy z lumpeksu. Z koncertu na koncert jest coraz bardziej wybrakowany – najpierw rozpadły się buty, potem podarła marynarka, teraz nie mieszczę się w spodnie. Ciekawe, bardzo ciekawe, czy jeszcze kiedyś będę miał okazję go założyć?

Tags: